Bezpieczeństwo w Manili

Nie będę owijać w bawełnę. Po wyjściu z samolotu w Manili byliśmy trochę przestraszeni, zwłaszcza ja. Na różnego rodzaju forach, blogach itd. naczytałam się całkiem sporo o niebezpieczeństwach stolicy Filipin. O kradzieżach, rabunkach, pobiciach… trochę tego było. Bezpieczeństwo w Manili to jeden z tematów, w jaki zagłębiłam się chyba najbardziej przed wyjazdem (to trochę tak, jak oglądam filmy o katastrofach lotniczych przed wylotem). O ile przed wylotem do Bangkoku delikatnie zastanawiałam się czy w Tajlandii jest bezpiecznie, o tyle przed Filipinami naprawdę miałam stracha.

bezpieczeństwo w manili
Bezpieczeństwo przede wszystkim :)

Kiedy więc kierowca taksówki zablokował drzwi auta od środka, dodając, że to dla bezpieczeństwa – byłam już nieźle przerażona i przeklinałam w myślach samą siebie, że też musiałam czytać te wszystkie historie. Nie pomagało wcale to, że robiło się coraz ciemniej, a my przejeżdżaliśmy przez ciągnące się kilometrami slumsy, które potem okazały się zwykłymi manilskimi ulicami. Nie pomógł też pierwszy napotkany na ulicy kierowca trycykla (taka filipińska riksza motorowa), który uroczo powitał nas w Manili słowami: „fuck you!”, bo nie chcieliśmy z nim jechać.

Cóż… bywa. Gdyby nie Maey, u której spędziliśmy dwa dni w Manili, pewnie nie weszlibyśmy ani do metra, ani nie pojeździli tamtejszymi jeepneyami. Dlaczego? Bo przeczytałam, że w metrze strasznie kradną i są niesamowite tłumy, a na jeepneye napadają zorganizowane szajki zostawiając cię w kilka minut bez kasy, aparatu i właściwie czegokolwiek, co masz przy sobie.

Głupie było to moje podejście, bo bojąc się tak wszystkiego pewnie nic byśmy nie zobaczyli i zupełnie niepotrzebnie się nakręcałam. A w Manili spędziliśmy trochę czasu… Wszystkie nasze połączenia lotnicze (4 starty i lądowania) i autobusowe (2 razy przesiadki) w Manili sprawiły, że w stolicy Filipin spędziliśmy niemal tydzień! T-Y-D-Z-I-E-Ń. I muszę powiedzieć, że to najbrzydsze miasto, w jakim kiedykolwiek byłam… Pierwsze wrażenie nie było zbyt pozytywne, zresztą już zawsze towarzyszył nam lekki niepokój, ale jednak Manila za dnia jest zupełnie inna niż wieczorem czy w nocy.

W każdym razie z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nie taki diabeł straszny. Przeżyliśmy, nikt nas nie napadł, wyrolował tylko jeden taksówkarz (drugiemu, co próbował już się nie daliśmy) i właściwie im więcej w Manili byliśmy, tym bardziej oswajaliśmy się z miastem.

Niemniej jednak zawsze trzeba uważać! Spacerując z Maey po lokalnym targu i mniej uczęszczanych przez turystów ulicach, Wojtek przyłapał na gorącym uczynku dziewczynę, która otworzyła mu plecak i już pchała swoje ręce do środka. Ma się ten refleks, nie?

Cały ten lekki niepokój o swoje bezpieczeństwo, jaki odczuwaliśmy – szczególnie w Manili – powodowali też trochę ochroniarze. Mimo, że witali nas często rozbrajającym uśmiechem, machali, mówili „hello, sir, hello miss!” to jednak ich ilość porażała. A skoro było ich wszędzie aż tylu, to chyba nie bez przyczyny. Przed każdym większym sklepem, czasem mniejszym, w MacDonaldzie, innych fast-foodach, przy wejściach do centr handlowych, metra. WSZĘDZIE! Czasami byli uzbrojeni nie tylko w pałki czy urządzenia do wykrywania metalu. Oni mieli prawdziwe, wielkie spluwy! Karabiny takie, że wydaje mi się, że pół głowy za jednym pociągnięciem mogliby komuś odstrzelić, shotguny i M16 nie należały do rzadkości. Ochroniarze byli jednak przy tym tak sympatyczni, że aż mi się nie chce wierzyć, że z tym swoim rozbrajającym uśmiechem mogliby komuś zrobić krzywdę :)

bezpieczeństwo w Manili
Prawda, że uroczo? :)

Czy w Manili jest bezpiecznie? Nie wiem. Czasami wydawało mi się, że nie, zwłaszcza po zmroku. Ale będąc z Maey czułam się odrobinę bezpieczniej (chociaż nie wydaje mi się, żeby mniejsza ode mnie Filipinka była w stanie zatrzymać bandytów, tylko dlatego, że mówi po filipińsku).Wypróbowaliśmy tam niemal wszystkie środki lokomocji i jakoś nic nam się nie stało. Z drugiej strony może akurat mieliśmy szczęście? A może wszystkie te historie są trochę przesadzone. Wielkie miasta mają to do siebie, że czasem po prostu trzeba uważać, a tak ogromnej i tak biednej metropolii, jak Manila, nie widziałam chyba nigdy.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz