Bo wszystkie dzieci nasze są!

Czekając na ciężarówkę, która mogłaby nas zabrać do Parku Narodowego Meru Betiri strasznie się nudzimy. Jest 11:00, a ciężarówka miała jechać o 14:00, może 15:00, a może dzisiaj nie pojedzie… nie wiadomo. Jak się załaduje, to będzie jechać.

W ramach zabijania czasu odwiedzamy toaletę, przechadzamy się po okolicy, gadamy z miejscowymi dzieciakami, robimy zakupy, a i tak tyłki nam już odpadają. Wtedy poznajemy Mr. Supriego. Niewysoki, bardzo szczupły facet, roześmiany chyba jeszcze bardziej niż ja (uwierzycie?). Po krótkiej rozmowie okazuje się, że jest nauczycielem angielskiego w pobliskiej szkole i lubi sobie co jakiś czas uciąć jakąś pogawędkę z białasami, którzy rzadko bo rzadko, ale czasem tu zawędrują. Bardzo szybko okazuje się także, że Supri lubi się trochę pochwalić tym i owym i produkuje słowa w takiej ilości i tempie, że po pół godzinie już nie rejestrujemy. Uśmiechamy się tylko i potakujemy, od czasu do czasu rzucając jakieś ohy i ahy. Budzimy się w zasadzie dopiero wtedy, kiedy Supri mówi, że może z nami pojechać na motorach do Sukamade, żeby zobaczyć gigantyczne żółwie.

dzieci w Indonezji
Karola zalewana pytaniami przez dzieciaki

Propozycja wydawała się naprawdę kusząca, tym bardziej, że jadąc tam na motorach moglibyśmy jeszcze zahaczyć o kilka innych ciekawych miejsc po drodze. W zasadzie mankament takiego obrotu spraw był tylko jeden – Supri mógł nas tam zabrać dopiero następnego dnia, co oznaczało dodatkowy dzień na Jawie i odwleczenie w czasie przejazdu na Bali. Umowa była prosta. On i jego uczeń zawożą nas na miejsce, a następnego dnia odstawiają z powrotem do miasta. Dostają za to tyle kasy, ile miałoby kosztować dotarcie do Sukamade ciężarówką (a mi się wydaje, że i tak znacznie więcej). W każdym razie sumka jest spora. Trochę się nagłowiliśmy, ale w końcu raz kozie śmierć i postanowiliśmy jednak z nimi pojechać. Mieliśmy za to nocleg u Supriego, w prawdziwym indonezyjskim domu i kilka innych atrakcji, o których za chwilę. Początkowo oczywiście myśleliśmy, że to wszystko to taki trochę rodzaj couchsurfingu, że to z chęci pokazania swojej kultury itd., potem jednak mieliśmy wrażenie, że chodziło bardziej o kasę, ale nie ważne. Może nie do końca dobrze się zrozumieliśmy… ale i tak było super!

Supri, jego żona oraz dwie małe córeczki byli dla nas naprawdę bardzo uprzejmi. Dostaliśmy miejscówkę w ich pokoju, a rano żona Supriego ugotowała całkiem smaczne śniadanie. Ok, warunki w jakich przyszło nam spać nazwałabym, nawet jak na azjatyckie standardy, bardzo spartańskimi. Koniec końców czuliśmy się tam jednak całkiem dobrze, chociaż doskwierał brak jakiegokolwiek wentylatora, a obudowana tylko ściankami łazienka mieściła się w na prawdę okropnej i strasznie brudnej kuchni.

Jedno co trzeba powiedzieć to fakt, że Supri i jego żona (też nauczycielka) odwalają kawał dobrej roboty w tej swojej wsi. Uczą w kilku szkołach, naprawdę mają powołanie i poczucie misji. Chcą zrobić coś dobrego dla wszystkich dzieciaków dookoła (łącznie koło 500 uczniów), dlatego wieczorami ich dom zamienia się w jedną wielką klasę. Taka szkoła w Indonezji w wersji mini.

szkoła w indonezji
uczniowie Supriego w jego domu

Mają na ścianie normalną tablicę, a ilość dzieciaków, które do nich przychodzą poraża. Wszystkie mają tu dodatkowe godziny nauki, odrabiają lekcje i nie wiadomo co jeszcze. Są naprawdę słodkie i widać, że po prostu chcą się uczyć. Szczerze mówiąc, to niektóre z tych dzieciaków miały milion razy lepszy akcent niż ich nauczyciel, który swoją drogą niekiedy walił takie byki, że aż strach, ale ciiii…

indonezyjska szkoła
Najprawdziwsza szkolna klasa w salonie. Można? Można.

Następnego dnia rano odwiedziliśmy szkołę, w której pracuje Mr. Supri. Szał w jaki wpadły dzieciaki na widok dwóch wielkich białasów jest nie do opisania. Kiedy siedzieliśmy w pokoju nauczycielskim uczniowie niemalże przepychali się pod jego drzwiami. Wszyscy chcieli nas poznać, zamienić chociażby jedno słowo, tylko przy tym byli tak nieśmiali, że aż słodcy. Odezwał się we mnie symptom Angeliny Jolie i najchętniej bym ich wszystkich zabrała ze sobą do domu. No dobra, może nie wszystkich, ale kilka dziewczynek na pewno.

indonezyjskie dzieci
Dzieciaki pchały się drzwiami i oknami :)
dzieci w indonezji
Wszyscy chcą pozować do zdjęcia

Poszliśmy do klasy, gdzie angielskiego uczą się trochę starsze dzieci. To tak wygląda szkoła w Indonezji? Tu pierwszy szok. W klasach zero wentylacji. Są dwa małe okienka, drzwi, a światło daje jedna żarówka. Brak klimatyzacji czy chociażby wentylatora. Wiatraka nie ma. Gęste powietrze dosłownie wisi w tej klasie, a wszystkie dzieciaki w mundurkach. Dziewczynki obowiązkowo z chustami na głowach.

szkoła w Indonezji
Tak wygląda klasa w szkole

Po 2 minutach jesteśmy spoceni jak myszy i czujemy, że pot dosłownie cieknie nam po plecach. Masakra. I pomyśleć, że te dzieci wytrzymują tak kilka godzin dziennie. W dodatku zaczyna lać. Mam wrażenie, że zaraz padnę, ale trzeba robić dobrą minę do złej gry. Widok roześmianych 11-latków w klasie i 6-latków zaglądających przez drzwi daje ogromnego kopa. Stoimy więc pod tablicą i cierpliwie odpowiadamy na pytania zadawane przez każdego z uczniów. Jak masz na imię, skąd jesteś, ile masz lat, jak ci się podoba Indonezja, ulubiona potrawa, kolor, sport… wypytali nas o wszystko. Na końcu kazali rysować i śpiewać. „Wlazł kotek na płotek” nawet im się spodobał, ale przecierali oczy ze zdziwienia, że to nie po angielsku. Skoro jesteśmy biali i mówimy po angielsku, to w Polsce mówi się też po angielsku jak w całej Europie, prawda? Co tam jednak wierszyki czy rozmowa, wszyscy czekają na zakończenie lekcji – będzie sobie można zrobić zdjęcie z białasami :) Robimy zdjęcie z każdym. Co do jednego. Razem i osobno. Uczniowie, nauczyciele i my. I tak w kółko.

Wiecie co, byłam wykończona jak nigdy ale uśmiechy tych szkrabów rekompensują wszystko. To była naprawdę fajna przygoda.

szkoła w indonezji
Jak zwykle wzrost Wojtka robił wrażenie. Dzieciaki za nim biegały!

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz