Zaczynamy zwiedzanie – Świątynia Borobudur!

Borobudur to jedno z tych miejsc, które wręcz musieliśmy odwiedzić. Ta buddyjska świątynia, oddalona o 45 minut jazdy samochodem od Yogyakarty była jednym z highlightów naszego wyjazdu. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam gdzieś w Internecie tę budowlę. Charakterystyczne kamienne dzwony i posągi Buddy w połączeniu z niesamowitymi wprost kolorami wschodzącego słońca dosłownie mnie oczarowały. Wtedy właśnie postanowiłam, że kiedyś to zobaczę, mimo iż nawet nie wiedziałam dokładnie gdzie ta świątynia się znajduje ani jak właściwie wymawia się jej nazwę.

Kiedy kupiliśmy już bilety na Jawę, a ja wyczytałam w przewodniku, że Borobudur leży niedaleko Yogyakarty, do której mieliśmy lecieć, sprawa była już przesądzona – jedziemy tam i już! Nawet jeśli za wejście do tego mistycznego miejsca miałabym zapłacić więcej, niż za zwiedzanie kompleksu Angkoru w Kambodży, to i tak jakoś to przeboleję. Bardzo chciałam się tam znaleźć.

Z wycieczką czy indywidualnie?

Z Yogyakarty do Borobudur można się dostać na dwa sposoby – jadąc ze zorganizowaną wycieczką lub indywidualnie. Ponieważ koszt zorganizowanej wycieczki był droższy o – uwaga – 5zł, a przy tej opcji oszczędza się sporo czasu, postanowiliśmy z niej skorzystać. Suma summarum nie było źle i myślę, że to był całkiem dobry wybór. Cała wycieczka trwała 5 godzin, a na miejscu w świątyni mieliśmy odpowiednio dużo czasu, żeby zrobić zdjęcia i trochę pospacerować.

Przejazd w tą i z powrotem większym vanem z kierowcą kosztował nas 60.000 rupii indonezyjskich na osobę (ok. 17,5 zł). O 5 rano podjechało po nas całkiem ładne auto z jedną parą turystów z Indonezji oraz parą z małym synkiem z Holandii. Po około 45 min jazdy byliśmy już na miejscu.

Nie pojechaliśmy do świątyni na wschód słońca, ponieważ jest ona otwarta od godziny 6:00, a za wejście na jej teren przed wschodem słońca trzeba by zapłacić dodatkowo po 350.000 rupii czyli ok. 100zł za osobę. Wobec takiego obrotu sprawy zrezygnowaliśmy. Mogliśmy też zobaczyć za dodatkowe 30.000 rupii wschód słońca na wzgórzu niedaleko świątyni, ale takich obrazków widzieliśmy już sporo, więc sobie darowaliśmy.

Borobudur mgła
Jest i mgiełka, prawie jak o wschodzie słońca

Po dojechaniu na miejsce czekała nas miła niespodzianka. Po raz pierwszy w życiu przydały nam się w Azji legitymacje studenckie i zamiast 190.000 rupii (ok. 55zł), zapłaciliśmy za wstęp tylko 90.000 rupii za osobę (ok. 26zł). Dostaliśmy też dodatkowo po małej wodzie mineralnej oraz mogliśmy się poczęstować kawą lub herbatą. To ostatnie bardzo się przydało, bo nasz drajwer tak podkręcił w samochodzie klimę, że myśleliśmy, że zaraz sople zaczną nam wystawać z nosów. Ja nie wiem, co oni mają za zwyczaj w Azji ustawiać klimatyzację na 10 st. Celsjusza, kiedy na dworze jest jakieś 35 i po prostu najzwyczajniej w świecie cholernie marznąć… A jak im mówię, że u nas na jesień czasem jest koło 10 stopni to nie mogą uwierzyć jak można przeżyć w temperaturze poniżej 20 st. No dobra, ale kto ich zrozumie :-)

Piękno świątyni

Borobudur panorama
Boroburur w całej swojej okazałości

Borobudur jest świetny. Nawet nie tylko sama budowla, ale także park dookoła. Wszystko pięknie zagospodarowane, ułożone, dobrze utrzymane. Sama świątynia naprawdę robi wrażenie, z tym, że na zdjęciach wydaje się chyba większa niż w rzeczywistości. Uwielbiam wprost posągi Buddy, więc bardzo mi się podobało. Część osób się modliła, więc dodali świątyni jeszcze więcej uroku. Pogoda była piękna, chyba po raz pierwszy w Azji zobaczyliśmy niemal całkowicie niebieskie niebo! Nawet nie przeszkadzali mi pozostali turyści. W porównaniu do innych popularnych miejsc w Azji wcale nie było ich tu tak dużo i można było spokojnie robić zdjęcia. Koło godziny 8:00 zrobił się trochę większy ruch i harmider, bo przyjechało kilka indonezyjskich wycieczek szkolnych, ale wtedy mniej więcej się już powoli zwijaliśmy, więc nie było to dla nas uciążliwe.

Borobudur pagoda
W każdym z 72 (oprócz jednego) dzwnoku-pagodzie ukryty jest posąg Buddy
Borobudur budda
Budda spogląda na wulkan Merapi
Borobudur medytacja
Pozdrawiam, Wojtek

Hey, Mister, can I have a photo with you?

Zanim jednak udało nam się stamtąd zwinąć poznaliśmy smak „sławy” :-) Ja z moimi blond włosami i Wojtek wystający ponad Indonezyjczyków średnio o jakieś trzy głowy staliśmy się postaciami numer 1 do fotografowania. Tak więc jak wpadliśmy w zdjęciowy szał to koniec. Trzeba jednak przyznać, że Indonezyjczycy są naprawdę mili. Jeśli się nie zgadzamy nie robią zdjęć znienacka, jak to w swoim zwyczaju mieli Hindusi. Grzecznie nas witają, zadają kilka pytań a potem proszą o zdjęcie. Czasami bywa naprawdę śmiesznie. W każdym razie nie są nachalni, więc jak najbardziej zgadzamy się pozować. Zresztą, zobaczcie sami… czyż to nie jest urocze?

Niscy mieszkańcy indonezji
Hey, Mister, you are soooo tall!
Borobudur indonezyjczycy
Nowi znajomi Karoliny

Aha, jeszcze jedno – gdyby ktoś z Was się tam wybierał nie zapomnijcie sobie zostawić dobrych 20 minut na wyjście. Droga na parking jest poprowadzona tak, by nie ominąć żadnego straganu, a jest ich naprawdę dużo. My bez kupowania niczego szliśmy szybkim krokiem ponad 10 min.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz