El Nido – z piekła do nieba?

Raj, najpiękniejsze miejsce na świecie, ohy, ahy, cuda na kiju, miód i orzeszki. El Nido na filipińskiej wyspie Palawan miało być tym, czego potrzebowaliśmy. Miało być miejscem, w którym zakochamy się od pierwszego wejrzenia, odpoczniemy po intensywnym miesiącu w Indonezji. Zagryźliśmy więc zęby, wybraliśmy się w 7- godzinną podróż lokalnym autobusem po drodze, która kilkadziesiąt kilometrów przed miastem dosłownie się skończyła, przeżyliśmy nawet pierwszy nocleg zaraz przy głównej ulicy w mieście, do którego zajechaliśmy już po ciemku. Rano będzie raj – tak się cieszyliśmy. No, chyba nie do końca.

Miejsce, na które tak bardzo czekaliśmy po prostu od rana nas rozczarowało. Nie chodzi nawet o to, że miasto nam się nie podoba, bo jakby tak normalnie na nie spojrzeć to jest ok. Problem tkwi w tym, że od dłuższego czasu wszyscy przekonywali nas, że El Nido jest ciche i spokojne, że to idealne miasto na odpoczynek. A tu? Głośno, tłoczno, brudno.

El Nido
Podobno „senne” miasteczko El Nido

Plaża w mieście niewyczyszczona i na pewno nie nadaje się do kąpieli. Jest drogo i zdecydowanie nie da się tu odpocząć. Nie ma ani minuty spokoju. Dookoła jeżdżą trycykle (to jest dopiero machina!) i warczą silnikami tak, że aż skręca. Skutery, ciężarówki, motory. Dramat. Nie wiem, wszystko nas drażni. Przypuszczam, że gdybyśmy nie byli tak zmęczeni i gdyby nie lało co chwilę tego dnia pewnie stwierdzilibyśmy, że El Nido wcale nie jest takie złe, ale wszystko po prostu układało się nie tak, jak miało być.

Palawan
Trycykle są tu wszędzie, a trycykl = hałas!

Glony, niezbyt czysta plaża, noclegi i żarcie o połowę droższe niż w Indonezji, a standardem nawet im do pięt nie dorastają… To nie jest tak, że wybrzydzamy i dusimy każde pesos. Możemy zapłacić więcej ale za coś dobrego, a tu wszystko wygląda jakby było dopiero w budowie, jakby wczoraj przeszło tu tsunami i wszyscy dopiero się ogarniali. A nie przeszło. I to jest najbardziej wkurzające. Do tego to zmęczenie… Spoko, doceniamy miejscowy folklor, ale to nie jest raj. Nie tego się spodziewaliśmy.

Miasto podoba nam się dopiero znów o zmroku. Na plaży porozkładane są plastikowe krzesełka i stoliki ze świecami. Jest naprawdę klimatycznie. Szkoda, że czar pryska z pierwszymi promieniami słońca…

Uciekamy od zgiełku do pobliskiego Corong Corong. Plaża też jest zaśmiecona i nie robi na nas wrażenia, ale jest trochę ciszej. Przykre jest to, że okoliczności przyrody są tu naprawdę piękne, ale teren jest tak zaniedbany, że aż strach! Wystarczyłoby tylko posprzątać trochę dookoła i byłoby naprawdę pięknie.

Corong Corong
Plaża w Corong Corong
Plaża El Nido
Tak chyba nie wygląda rajska plaża o czym wszyscy zapewniają…

Noclegi, które w ogóle można brać pod uwagę mają tu nierzadko naprawdę niebotyczne ceny, a te w naszym budżecie są po prostu nędzne. Mimo wszystko decydujemy się na nocleg w Corong Corong. Bierzemy chyba najtańszą tu miejscówkę. Jest parszywie, ale dalej od miasta.

Nocleg w El Nido
No cóż, z nazwy „beach resort”…

Rano i wieczorem śmierdzi z kuchni, kogut pieje co 5 minut i chyba komunikuje się z 15 innymi dookoła, bo nawet przy tym pianiu nie da się rozmawiać, pompa wodna warczy przez cały dzień tak, że rozsadza nam mózgi. Nasza frustracja narasta z każdą minutą. Jesteśmy wykończeni. Jest jednak jeden olbrzymi pozytyw. Dużo nadrabiają niesamowici Filipińczycy – roześmiani, sympatyczni, rozgadani – naprawdę rewelacja. Dzięki Bogu, inaczej byśmy zwariowali.

koguty El Nido
Normalnie kogut by się nam podobał, ale ten był wściekły i nie dawał spokoju przez cały dzień…

Rano wynosimy się z tego syfu, bo oprócz smrodu, ciasnoty i hałasu (tak, w dalszym ciągu mieszkamy przy ulicy…) mrówki opanowały już nasz pokój i są dosłownie wszędzie. Przenoszą zdechłego pająka wzdłuż ściany w tę i z powrotem, bo nie mogą znaleźć wyjścia. Egzotyka :-) Odżałujemy więc kolejne złotówki i zatrzymujemy się jeszcze dalej od miasta. Czy to te Filipiny, na które tak bardzo czekaliśmy?

Chyba tak. Nareszcie. Zatrzymujemy się w ośrodku Lugadia. Za stargowane 800 pesos (ok. 57zł)  za noc mamy naprawdę ładny domek, spokój i ciszę… Tylko szum morza i słońce, które zaczyna jakoś mocniej świecić. Nawet kogut pieje ciszej. Świat wydaje się piękniejszy, a El Nido, do którego jedziemy na kolację staje się bardziej przyjazne.

El Nido Nocleg
Widok z naszego tarasiku :-)

Nasze rozżalenie jakoś powoli przechodzi, a nastrój zmienia się już w zupełną euforię, kiedy wypożyczamy kajak i wypływamy na odkrycie najbliższych plaż… To dopiero tam odnajdujemy to, czego naprawdę szukaliśmy. Tu czujemy szczęśliwi i naprawdę wypoczywamy. Odkrywamy Papaya Beach i zapominamy już o pierwszym rozczarowaniu. Może to był po prostu szok kulturowy?

Aha, jeszcze jedno:
Niesamowity jest dla nas jednak fakt, że El Nido stało się dosłownie polską wioską. Polacy to chyba z 70% tutejszych gości:) Możemy więc wreszcie się z kimś po prostu nagadać i degustować tutejsze napoje wyskokowe:) Jeżeli chodzi o ceny alkoholu – Filipiny są naprawdę rajem:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz