Honda Bay cz. 1 – Luli Island

Ostatnio pojawiło się całkiem sporo dobrych okazji na naprawdę tanie loty na Filipiny. Wielu z Was, tak jak my w zeszłym roku, załapało się na promocję i kupiło bilety (brawo! zazdrościmy!). Wzrost zainteresowania Filipinami zauważam m.in. przez coraz więcej maili, które od Was dostaję z zapytaniami – od czego zacząć, gdzie jechać, co robić i przede wszystkim – gdzie jest nasza niezapomniana Papaya Beach :) Chociaż ostatnio blogowo nieco ucichliśmy – dużo podróżujemy… ale służbowo, cały czas jesteśmy z Wami w kontakcie i sukcesywnie odpisujemy na wiadomości na facebooku i maile.

W poszukiwaniu rajskich plaż

Dzisiaj chcielibyśmy Wam opowiedzieć o miejscu, o którym jeszcze nie wspominaliśmy – Honda Bay na Palawanie. W części pierwszej relacji przeczytacie o naszym największym rozczarowaniu, czyli Luli Island (ku przestrodze). W drugiej, o tym, co uratowało obraz Honda Bay w naszych oczach – świetnej Pandan Beach.

Honda Bay było naszym ostatnim przystankiem na Palawanie przed wylotem do Manili i jazdą na północ Luzonu (znaczy tam, gdzie wtedy padało i było cholernie zimno). Ponieważ ceny island hoppingu na Honda Bay były trzy razy niższe niż w El Nido, zdecydowaliśmy się spróbować. Plaże wokół Puerto Princesa, gdzie akurat stacjonowaliśmy nie były szczególnie piękne i zadbane. Jeśli więc mieliśmy ochotę jeszcze powylegiwać się odrobinę na słońcu w zasadzie musieliśmy udać się na Honda Bay. Obejrzeliśmy zdjęcia z okolicznych wysp, przeczytaliśmy kilka zagranicznych stron poświęconych pobliskim plażom i już siedzieliśmy w jeepneyu, który zawiózł nas na miejsce, do portu skąd odpływają łódki.

Którą wyspę wybrać?

Długo zastanawialiśmy się nad miejscem, do którego chcemy dopłynąć. Nie chcieliśmy robić standardowego island hoppingu – strasznie mieliśmy ochotę na zwykłe klapnięcie na tyłku na plaży i cieszenie się 30 stopniowym upałem pod koniec listopada. Zaproponowano nam więc jedną wyspę, na której możemy plażować i trochę pobawić się w wodzie – podobno to było najlepsze miejsce do snorkelingu. Luli Island – brzmi super, prawda? Zgodziliśmy się od razu, gdyż w zasadzie kosztowało to jakieś śmieszne pieniądze. Jak się później okazało, na to, co tam zastaliśmy kosztowało o wiele za dużo, a ja do dziś jak wspominam babę, która poleciła nam tę wyspę mam ochotę rzucić jakimś talerzem.

island hopping
Na naszej łajbie :)

Raz, dwa i już siedzieliśmy na naszej prywatnej łódce z maskami do snorkelingu i przekąskami na cały dzień. Byliśmy strasznie podekscytowani, bo od dwóch dni ciągle padało, a nagle trafił się nam piękny, słoneczny dzień. Sama Honda Bay prezentowała się całkiem przyjemnie. Kilkanaście małych, uroczych wysepek pokrytych palmami – wszystko wyglądało całkiem sympatycznie.
Do czasu. Nasze uśmiechy i dobry humor malały z każdym metrem, z którym zbliżaliśmy się do Luli Island.

honda bay
To była jedyna palma na wyspie :)

Welcome to Luli Island

W życiu nie wyobrażaliśmy sobie takiego rozczarowania. Wyspa naprawdę malutka, plaży zero, bo z jednej jej strony przycumowane były wszystkie łodzie, z drugiej były namorzyny, a z trzeciej… zakaz wchodzenia do wody i plażowania. Aha, snorkeling – był możliwy, owszem. Na przestrzeni może 5×5 m2, ogrodzony liną. W dodatku można tam było pływać tylko i wyłącznie w kamizelkach ratunkowych.

Palawan
Welcome.

honda bay

Dramat. Najpierw siedzieliśmy przez pół godziny na piasku i właściwie nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Mnie chciało się po prostu wyć, a Wojtka to nawet lekko śmieszyło – szczególnie Chińczycy, bawiący się w najlepsze w masakrycznie mętnej wodzie w „strefie snorkelingu”. Potem już mi się nawet nie tylko chciało płakać, ale nawet zaczęłam. Wojtek poszedł na rekonesans.

filipiny
Snorklować – tylko tutaj!

palawan

To był koszmar, a w dodatku miałam wyrzuty sumienia, że zaczynam się zachowywać jak beznadziejna turystka z Zachodu, której nie podoba się trzeci świat. Myślę – chciałaś Zachodu, czystych plaż, luksusów – trzeba było jechać do Hiszpanii, a nie teraz narzekać na to, że coś jest nie tak. Przecież kochasz Azję za nieoczywistość, nieprzewidywalność, egzotykę… A teraz siedzisz jak idiotka i ryczysz, że rybek w wodzie nie widzisz, bo woda mętna. Mówię Wam, aż mi się zrobiło strasznie wstyd i zaczęłam płakać, że tak się zachowuję.

I pewnie ryczałabym tam tak cały dzień, gdyby nie Wojtek :) Facet to jednak jest facet, a mój to już w ogóle najlepszy. Stwierdził, że skoro już tu jesteśmy to możemy trochę te rybki pokarmić, puścił kilka żartów, więc wspólnie zaczęliśmy się śmiać z tego beznadziejnego miejsca, a potem dogadał się z kapitanem naszej łajby i po pół godzinie płynęliśmy już na największą wyspę – Pandan, gdzie podobno jest naprawdę fajnie i można spokojnie poleżeć na plaży, popływać, posnorklować (bez kamizelki i ograniczenia) a w dodatku coś zjeść. Z lekką rezerwą, ale się zdecydowaliśmy.

Nie muszę chyba dodawać, że na całej akcji wyszliśmy jak Zabłocki na mydle, bo musieliśmy sporo dopłacić za zmianę lokalizacji. No cóż za głupotę się płaci. Na szczęście Pandan Beach okazała się naprawdę świetna, ale o tym dowiecie się w 2 części mojej opowieści :)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz