Jaskinie w Sagadzie

Jadąc w kierunku Sagady w północnej części wyspy Luzon, myśleliśmy tylko o wiszących trumnach, czyli najbardziej znanej atrakcji miasta. To jednak nie one okazały się hitem naszego pobytu. Okazały się nim jaskinie w Sagadzie.

Poszliśmy tam zupełnie bez nastawienia na cokolwiek. Wiedzieliśmy, że za  400 pesos za osobę (niecałe 30 zł) wynajmujemy przewodnika i schodzimy z nim w głąb jaskini, której penetracja nie do końca równa się definicji zwiedzania jaskiń w Europie. Miało być dziko i ciekawie. To, co zobaczyliśmy chwilę po wejściu do jaskini przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Bez szczypty ironii czy wyolbrzymiania powiem, że była to jedna z najlepszych, najciekawszych i najniebezpieczniejszych rzeczy, które zrobiłam  w życiu. Było po prostu NIESAMOWICIE.

Tzw. Cave Connection to 3,5 godzinna przeprawa przez 2 jaskinie w Sagadzie. Przypuszczam, że cała ta impreza nigdy w życiu nie mogłaby się odbyć w Europie. Tu schodzi się kilkadziesiąt metrów pod ziemię bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Nie ma kasków, poręczy, barierek, ochraniaczy. Nie ma światła.  Jest tylko kilkunastu rządnych wrażeń turystów i ich przewodnicy, bez których zejście do podziemi byłoby niemożliwe.

Na zwiedzanie jaskini wybieramy się większą grupą. Para Hiszpanów, Filińczyk, Niemka i my. Przewodnicy rozpalają lampy i dzielą nas na dwójki. To im musimy w pełni zaufać na kolejne 3 godziny. Lampa przewodnika to jedyne źródło światła w jaskini. Przez większość czasu to ja idę pierwsza za przewodnikiem, a Wojtek za mną – ma więc utrudnione zadanie, bo często światło lampy jest zbyt małe, żeby widział wszystko.

wejście do jaskini
Gdzieś tam w głębi znajduje się wejście do jaskini

Już samo wejście do jaskini to nie lada wyzwanie. Wchodzi się tu przez zwykłą, małą dziurę w skałach, przez którą ledwo może się przecisnąć jedna osoba. Trzeba się porządnie wygiąć, pochylić, wyprostować i uważać na głowę w tym samym momencie. To jednak dopiero początek. Potem robi się już tylko ciekawiej.

jaskinie sagada
Karola przeciska się między skałami

Nawet przy świetle lampy, którą przewodnik najczęściej trzyma na głowie nie jest łatwo. W jaskini jest chłodno, ale nie zimno. Na nogach mamy sandały – to zdecydowanie najlepszy rodzaj obuwia. Co jakiś czas trzeba je ściągać, bo się ślizgają,  a najlepszą przyczepność ma bosa stopa. Treki lepiej zostawić w domu.

Idziemy bardzo wolno, uważnie stawiając każdy krok. Jeszcze chyba nigdy w życiu nie byłam tak skoncentrowana. Jesteśmy spoceni z podniecenia, ale też trochę ze strachu. Spociły mi się nawet stopy, co akurat mi się rzadko zdarza:-) Zapinam więc sandały tak mocno, jak tylko można, bo noga się ślizga. Schodzimy coraz niżej po wielkich kamieniach, ale też spuszczając się gdzieniegdzie z lin, których trzeba się trzymać. To chyba najgorsze momenty. Przepaść pół metra dalej, pionowa ściana i lina jako jedyne zabezpieczenie. Jestem przestraszona, ale po fakcie dumna z siebie, że mi się udało.

jaskinia woda
Krok po kroczku. Pełna koncentracja.

Niekiedy schodzi się do dziury, w której nie widać dna. Ledwo utrzymujesz cały ciężar ciała na rękach, a pod nogami powietrze. Wtedy trzeba słuchać przewodnika. To on mówi ci, gdzie położyć czy oprzeć nogę, żeby potem bezpiecznie stanąć. Wszystko jest niesamowite. W niektórych miejscach jest niezwykle ślisko. Trzeba uważać podwójnie. Przecież nie chcesz wylądować w niezabezpieczonej szczelinie tuż obok. Albo złamać nogi, albo  zrobić sobie cokolwiek. Wtedy właśnie przypominam sobie, że za taki rodzaj sportu nie dostanę nawet odszkodowania. Adrenalina rośnie. Mimo wszystko szczerzę się jak głupia, bo robię coś takiego po raz pierwszy w życiu. Jestem z siebie dumna.

Przed nami wyłania się ogromna komora. Patrzę na przeciwległą stronę, w górę. Widzę tam światła lamp przewodników i ludzi. To tam idziemy? Naprawdę będziemy się wspinać TAM?! Ogarnia mnie przerażenie. Nasz przewodnik tylko się śmieje. To dopiero za chwilę, najpierw musimy przejść przez miejsce, w którym do połowy ciała sięga nam woda. Lodowata woda. Wszystkie torby kładziemy na głowie i ruszamy przed siebie, bacznie obserwując Hiszpanów przed nami.  Udało się. Przeszliśmy. Orzeźwiające doznanie to mało powiedziane :-)

jaskinia pod gore
Raz pod górę…
jaskinia na dół
… a raz na dół.

Znowu idziemy w górę. Trzymając się jedynie za liny z supłami dosłownie wspinamy się na pionową skałę. Wojtek pokonuje ten moment bez problemu. Mnie musi pomóc przewodnik, bo mam za słabe ręce. Właściwie to wciąga mnie na górę przewodnik Hiszpanów:-) Inaczej nie dałabym rady. Czasami uskoki są tak wysokie, że muszę też oprzeć się na ramieniu przewodnika, albo postawić swoją stopę na jego kolanie lub barku. Mówi, że po to tu jest, ale i tak mam wyrzuty sumienia, więc staram się ciężar ciała utrzymać na rękach (teraz już wiem skąd te zakwasy na ramionach!).

Dochodzimy do podziemnego jeziorka. Za namową Hiszpanów, którzy już w nim pływają, wskakuje też Wojtek. Woda jest lodowata. Można wytrzymać może ze 2 minuty, ale podobno po wyjściu człowiekowi robi się gorąco. Chwila przerwy i idziemy dalej. Tu ściągamy buty. Idziemy po wyżłobionych wodą skałach, na których o wiele lepiej idzie się na boso. Czasem się wspinamy, a czasem po prostu szorujemy tyłkiem po kamieniach, bo tak jest najbezpieczniej. Widzimy ciekawe formacje skalne. Kurtyna, żółw, ciężarna kobieta, wodospad, tarasy ryżowe, pieczarka… gratulujemy polotu ich odkrywcom:-)

podziemne jezioro
Wojtek pływa w podziemnym jeziorku
kings curtain sagada
Królewskie kurtyny – ponoć najciekawsza formacja w całej jaskini

Potem już długa droga w górę. Jesteśmy bardzo zmęczeni, spoceni, mokrzy od wody ale szczęśliwi. Wow, zrobiliśmy to. Udało się, niesamowite uczucie. Przewodnik nam gratuluje. Chyba nie byliśmy najgorsi, a sądząc po krzykach Koreanek/Japonek w oddali poszło nam całkiem nieźle. Polecamy każdemu! No dobra, może nie każdemu… osoby, które niepewnie czują się w ciemnościach, boją się nietoperzy, wysokości i małych, wąskich przestrzeni lepiej niech omijają to miejsce szerokim łukiem. Można się nieźle wystraszyć. I pomyśleć, że byliśmy o krok od tego, żeby zdecydować się tylko na godzinne wejście do jaskini (short course caving). Ależ byśmy żałowali!

radosc jaskinia
Widać światło! Udało się! Radość.

Znów potwierdziła się nasza teza, że największe wrażenie robi na nas zawsze to, czego się nie spodziewamy i to, przy czym musimy się trochę namęczyć. I tak na przykład zachwyciliśmy się plażą Papaya na Filipinach czy plażą Phranang w Tajlandii ale pewnie w głównej mierze dlatego, że po prostu nagle pojawiły przed naszymi oczami. Najmocniej wspominamy też nurkowanie na Koh Tao czy zejście do krateru wulkanu Ijen, bo kosztowało to nas trochę wysiłku. Dzisiaj do tej drugiej listy dopisujemy Cave Connection w Sagadzie, czyli penetrację jaskini.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz