Filipińskie (nie)smaki…

Nigdy w życiu nie żałowałam tak bardzo, że nie zabrałam ze sobą w podróż polskich kabanosów. Albo chleba. Albo chociaż pasztetu. Znaleźliśmy się w środku kulinarnego piekła. Przeciętne jedzenie na które traficie na Filipinach jest po prostu paskudne. Wierzcie albo nie, ale po poznaniu kilka dni temu pewnego Czecha, Wojtek na samą myśl o smażonym serze popłakał się. Serio.

Po ponad trzech tygodniach jesteśmy już dosłownie zdesperowani. Jedliśmy w hostelowych restauracjach, przydrożnych barach, jadłodajniach, polecanych knajpach i możemy na palcach jednej ręki policzyć dania, które były zjadliwe. Pierwszy raz w życiu zdarzyło nam się po prostu czegoś nie zjeść, oddać pełen talerz, bo jedzenie było aż tak ohydne. Jeden kęs wystarczył, żebyśmy szybko płacili i uciekli jak najdalej. I pomyśleć, że będąc w Indonezji myśleliśmy, że tamtejsze jedzenie jest słabe. Matko boska, jak ja bym teraz zjadła ten pieprzony nasi goreng, którym się wtedy solidnie przejedliśmy… Na Filipinach nawet smażony ryż jest okropny! Wszystko tu potrafią spartaczyć. Nie mamy pojęcia z czego to może wynikać. Przecież mają do dyspozycji podobne składniki jak w Wietnamie czy Tajlandii, a dodatkowe dziedzictwo Hiszpanów i Amerykanów, którzy tutaj „rezydowali”, powinno zaskutkować jakimiś świetnymi kulinarnymi pomysłami. Nic z tego. Filipińczycy nie potrafią gotować i już.

Śniadaniowe dylematy

Ostatnio na śniadanie (oczywiście z ryżem) dostałam m.in. kiełbaskę. Wyglądała całkiem spoko, ale po spróbowaniu myślałam, że się popłaczę. W konsystencji była jak postrzępiona galaretka, a w smaku jak cukierek o smaku mięsnym. Była po prostu słodka! To cud, że nie zwróciłam od razu całej zawartości śniadania…

kuchnia filipińska
Pyszna, słodka kiełbaska a do tego bananowy ketchup. Mniam!

Wojtek z kolei zamawiając kanapkę z kurczakiem został dosyć mocno zaskoczony przez panią kucharkę. Po posmarowaniu masłem (słodkiego – a jakże!) chleba, postanowiła bowiem posypać masło cukrem. W kanapce z kurczakiem! Rozumiecie?! Przy czym kurczak nie był oczywiście dobrze przysmażonym filetem, tylko jakieś strzępy mięsne.

Innym razem na śniadanie dostał na przykład „wieprzowinę”, czyli ugotowane w jakimś słodkim, paskudnym sosie kawałki obleśnych żelków, bo mięsa tam nie znaleźliśmy.

Słone, słodkie – co za różnica?!

Smaki im się pomieszały! To, co powinno być słodkie jest tu słone. Ciasto, ciasteczka – wszystko bez smaku i cukru. Nawet cukier jest jakoś mało słodki. Kiedy jednak oczekujesz czegoś słonego, okazuje się, że tam właśnie dodali cukru. Chleb, czasem mięso, sosy – wszystko jest słodzone. Nawet ketchup. Masakra.

Jedzenie jest albo przesolone (np. zupa) albo zupełnie nieosolone – ryż, makaron, mięso.
Zamawiając danie z kurczaka lub wieprzowiny możesz być niemal pewien, że połowę dania będą stanowić same kości i chrząstki (;)). Poznani niedawno Hiszpanie ostatnio dostali na talerzu kawałki wieprzowiny, z czego 70% stanowiła skóra jeszcze z włosami. Oblecha. Inny przykład: widzisz, że ktoś sprzedaje szaszłyczki. Z daleka wyglądają naprawdę apetycznie. Podchodzisz, a na patyczku nawinięte są same flaki – jelita, jakieś chrząstki, wątróbki. Nie ma mięsa! Gdzie jest mięso?!

Mniejsze zło…

Jesteśmy zrozpaczeni. Na prawdę nie wiemy co tu jeść. Jedynym bezpiecznym daniem są – jak się wydaje – burgery i zupy. Na śniadanie mamy już dosyć omletów (to chyba jedyna rzecz, którą naprawdę trudno zepsuć) ze słodkim chlebem i keczupem bananowym, w którym nie ma ani grama pomidora. Czasem jednak nawet i to jest dla nas zaskoczeniem. Interpretacja omleta z pieczarkami i ziołami przez jedną restaurację wprawiła nas ostatnio w prawdziwe osłupienie. Na talerzu pojawił się czysty omlet bez dodatków, a koło niego piklowane grzyby…

W czasie obiadu wybieramy po prostu zawsze mniejsze zło. Ale ile razy w tygodniu można jeść chicken adobo (kurczak w sosie sojowym) albo tylko zupę warzywną? (spróbowałam kiedyś czosnkowej – sama woda bez smaku , a gdzieniegdzie kawałek czosnku i kawałki słodkiego(!!!) chleba tostowego).

Na wybrzeżu i plażach było łatwiej. Tu królowały owoce morza i grillowane ryby. To chyba jedyne, co tak naprawdę nam na Filipinach smakowało. Wtedy się nimi zachwycaliśmy, ale właściwie co to za filozofia zgrillować rybę i lekko ją osolić, podając do tego limonkę? Czy na prawdę musimy żywić się tylko w restauracjach takich, jak KaLui Restaurant, żeby po prostu zjeść tu coś ze smakiem?

Nawet nie wiecie, jacy jesteśmy szczęśliwi, kiedy widzimy tu jakiegoś fast-fooda. I pomyśleć, że w Polsce tego nie jadamy, a w Azji w zeszłym roku zdarzyło nam się może ze 2 razy, bo potrzebowaliśmy skorzystać z internetu w MacDonaldsie. Chyba właśnie w sieciowych fastfoodach jest najbezpieczniej jeść. Widzisz mniej więcej co dostaniesz i często jest o wiele taniej niż w restauracji. Odradzamy tylko ukochane przez Filipińczyków Jollibee. Spróbowaliśmy niemal każdego dania w tej sieci i każde jest słabe. Polecamy natomiast Inasal BBQ – pyszny grillowany kurczak, duże porcje, ryż do oporu i napój w cenie do 110 pesos (ok. 7,8zł). Problem pojawia się wtedy, gdy najbliższy fastfood jest kilkadziesiąt kilometrów od ciebie…

To, co dobre na Filipinach to chyba tylko niektóre alkohole. Biały rum Boracay czy mocne piwo Red Horse są naprawdę smaczne i tanie. Dlaczego to umieli wyprodukować, a jedzenie psują?

Jesteśmy załamani i werdykt jest jednogłośny. Kuchnia filipińska jest zdecydowanie najgorszą kuchnią Azji Południowo-Wschodniej (wyłączając Timor Wschodni, Brunei i Birmę, bo tam jeszcze nie byliśmy). Filipińscy kucharze powinni pojechać na kurs gotowania do Tajlandii albo w ogóle gdziekolwiek, bo aż przykro mi mówić, ale Filipińczycy po prostu są w kuchni fatalni.

Naprawdę nie jesteśmy francuskimi pieskami i staramy się próbować wszystkiego oraz nie przejmować się, że coś nie wygląda najlepiej. Może być przecież dobre w smaku. Ta zasada nie sprawdza się jednak na Filipinach. Tu wszystko i źle wygląda i smakuje… jeszcze gorzej.

Także… polski turysto… strzeż się i zabierz porządną wałówkę na Filipiny, bo inaczej przyjdzie Ci przejść na dietę – chipsy, rum Boracay i suchy ryż bez soli.

Tekst został napisany pod wpływem emocji, po dostaniu po 40 min czekania ZIMNEGO spaghetti z najobrzydliwszym sosem, jakiego mogła spróbować ludzkość. Niemniej jednak kuchnia filipińska to największe rozczarowanie naszego wyjazdu. Amen.
Aha, przepraszamy za brak zdjęć, ale czasem te dania wyglądały całkiem ok, a po prostu smakowały wstrętnie, więc nie robiliśmy zdjęć. A czasami po prostu byliśmy w takim szoku, że coś tak niedobrego mogli nam podać, że z wrażenia też nie zrobiliśmy ani jednej foty. Musicie sobie wyobrazić.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz