Po drugiej stronie równika – Yogyakarta

Po dwóch dniach spędzonych w Manili – najbrzydszym chyba mieście w Azji Południowo-Wschodniej, jakie do tej pory przyszło nam oglądać, szybko wynieśliśmy się w bardziej przyjazne rejony. Na niecały miesiąc zostawiliśmy Filipiny i dzięki tanim lotom Air Asia, z przesiadką w Kuala Lumpur, wylądowaliśmy na indonezyjskiej Jawie. Niespecjalnie było nam przykro, że opuszczamy Manilę, a perspektywa ponownego, nieuniknionego przyjazdu do tego miasta bynajmniej nie napawa nas optymizmem. Mamy jednak nadzieję, że inne części kraju zrekompensują nam brzydotę filipińskiej stolicy:)

Po naszym 5 locie podczas tego wyjazdu
Po naszym 5 locie podczas tego wyjazdu

Pozdrowienia z drugiej półkuli!

Wróćmy jednak do Indonezji, która z dnia na dzień coraz bardziej nas fascynuje. Na pierwszy ogień poszła Yogyakarta. Nie wiecie jak to wymówić? Żaden wstyd, my nauczyliśmy się dopiero po przylocie:) Z całego tego miasta najfajniejszą rzeczą jest to, że… leży na półkuli południowej! Co prawda jeszcze nie mieliśmy okazji sprawdzić w którą stronę kręci się woda w umywalce, bo nie mamy jej na wyposażeniu łazienki, ale spokojnie – w najbliższym czasie pójdziemy na poszukiwanie zlewu. (Wojtek mówi, że cała ta akcja z kierunkiem wody to ściema, ale mu nie wierzę i i tak sprawdzę).

Yogyakarta wita :-)

Nie wiem dlaczego, ale już podczas lądowania w Yogyakarcie poczułam, że tu, w Indonezji naprawdę mi się spodoba. No i właściwie póki co wszystko się sprawdza. Pokonaliśmy już chyba jet lag, który po raz pierwszy chyba tak naprawdę porządnie wstrząsnął Wojtkiem i wreszcie możemy się spokojnie rozejrzeć po okolicy, poznając atrakcje Yogyakarty.

Jedna z ulic Yogyakarty
Jedna z ulic Yogyakarty

Bardzo mili ludzie (szczególnie panowie, kiedy wychodzę gdzieś sama z hotelu), całkiem dobre jedzenie, chociaż trochę się nacięłam – już wiem, że indonezyjskie „ostro” trzeba przemnożyć razy sto i będzie europejskie „ostro”. Trochę mi się przypomniały Indie.

Przez pół miasta ciągnie się ulica handlowa, Malioboro, na której można kupić wszelkiego rodzaju ubrania z batiku (taki rodzaj malowania materiału za pomocą farb i wosku), buty, skórzane torby, portfele, breloczki i właściwie niemal wszystko, czego dusza zapragnie.

Ulica handlowa
Ulica handlowa

Handel kwitnie głównie wieczorami, kiedy już zrobi się trochę chłodniej. Wtedy oprócz sprzedawców do akcji wkraczają także uliczni grajkowie:) Cuda na kiju. Najbardziej podoba nam się jednak to, że nikt (oprócz rikszarzy i sprzedawców wycieczek) nie namawia nas nachalnie na kupno czegokolwiek.

Hmmm... a może to?
Hmmm… a może to?

Nie jest zbyt drogo, a pogoda jak na razie dopisuje. Owszem, jest parno i czasem naprawdę gorąco ale można to jakoś znieść. Już się nawet troszkę opaliliśmy:) Właśnie jesteśmy na etapie wynajdowania kulinarnych ciekawostek, a niezdecydowanie Wojtka w sklepie jest już chyba znane w całej dzielnicy. Wszędzie krzyczą za nami „Polandia, Polandia” i cieszą, że mamy takie same flagi, tylko odwrócone kolorami. Same same but different, co?

Co by tu wybrać...? - i tak przez 15 min:)
Co by tu wybrać…? – i tak przez 15 min:)

Atrakcje Yogyakarty – ptasi targ

Ponieważ nie tylko samym jedzeniem człowiek żyje, a Wojtek napiera, że trzeba zwiedzać wszystkie atrakcje Yogyakarty, a nie spać, to trochę też jednak zwiedzamy. Wczoraj na przykład wybraliśmy się na ptasi targ, mimo braku szczepienia na ptasią grypę;) Mamy nadzieję, że nic groźnego z tego nie wyniknie:P

Ptasi market w pełnej okazałości:)
Ptasi targ w Yogyakarcie w pełnej okazałości:)

Całkiem interesujące miejsce. Wszędzie pełno kolorowych klatek, w których ćwierkają najróżniejsze latające stwory. Mają tu coś a’la gołębie i wróble, różne rodzaje papug, koguty, które wyglądają naprawdę groźnie i złowieszczo, a nawet sowy. Te ostatnie to podobno znak szczęścia, dobrze jest więc taką przy sobie mieć. Może następnym razem się skusimy. Można też znaleźć klatki z nietoperzami albo… nieosłonięte ule, które mnie osobiście przeraziły. Wszędzie lata pełno piór, a czasami jest tak głośno, że nie da się rozmawiać. Człowiek tylko automatycznie milknie przy tych wielkich kogutach z pazurami, które w 3 sekundy potrafiłyby rozszarpać człowieka. Tych lepiej nie złościć.

Są i nietoperze...
Są i nietoperze…

Mnie najbardziej zaciekawiły… kolorowe kurczaczki! Nigdy wcześniej takich nie widziałam, więc siedziałam przy nich dobre 10 minut obserwując jak poruszają się w specjalnej skrzyni.

Kolorowe pisklaki!
Kolorowe pisklaki!

Żeby pisklaki miały różne kolory do jajka, zanim się wyklują w inkubatorze wstrzykuje się specjalne barwniki. Dzięki temu maluchy uzyskują intensywne, nienaturalne barwy, które potem tracą, kiedy puch zastępują powoli właściwe pióra. Z jednej strony pisklaki wyglądały naprawdę ciekawie, z drugiej jednak jak się tak głębiej zastanowić jest to chyba temat dla obrońców zwierząt. Cóż, Azjaci chyba już mają jakieś skrzywienie z tymi kolorami. Pisklaki muszą być kolorowe, a oni sami w ostatecznej wersji bielsi niż mleko:)

Ten niebieski to Wojtek, a różowy to ja:P
Ten niebieski to Wojtek, a różowy to ja:P

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz