We’re on the highway to hell

Wsiadamy jako ostatni do już niemal pełnego busa. Ja w trzecim rzędzie, przy drzwiach, Karolina za mną, obok pary sympatycznych… Niemców, którzy, jak się później okaże, mają zdecydowanie inne niż my pojęcie o tym, co znaczy very cheap, a co nie. Wyruszyliśmy rano o 8:00, podróż miała trwać 11 godzin, na miejscu byliśmy po 14h…. Rację miał poznany dzień wcześniej były kierowca busów na tej trasie, który przepowiedział nam, że biuro ciśnie kit i pojedziemy dłużej. Trzeba było wziąć pociąg…. jedzie tylko 9 godzin.

ruch uliczny w indonezji
Nie mamy z drogi, więc dajemy foto z Jogjy :P

Koniec końców nie było tak źle, chociaż w pewnym momencie myślałem, że urwie mi szyję, a łbem rozbiję szybę. A Czina jakoś się skuliła i śpi 3/4 jazdy albo się ze mnie śmieje z tymi Niemcami. Grupa, czyli para holendrów, dwie pary Francuzek, wcześniej wspomniani Niemcy oraz my i nasz boski indonezyjski mistrz kierownicy była mocno zdyscyplinowana i podczas 14 godzin jedynie dwa razy zatrzymaliśmy się na siku.

Po drodze mijamy same restauracyjki i bary z kilkoma, powtarzającymi się setki razy napisami: nasi goreng, mia goreng, nasi ayam, mia ayam. Kolejno: ryż smażony, makaron smażony, ryż z kurczakiem, makaron z kurczakiem. Do tego czasem błyśnie jakiś sate, czyli znane nam z Malezji, pyszne sataye, tzn. szaszłyczki z kurczaka w sosie orzechowym, które póki co są chyba jedyną faktycznie smaczną rzeczą, jaką jedliśmy od czasu wylotu z Rzymu.

Podobnie jak w zeszłym roku podczas Hari Raya w Malezji, znów trafiliśmy na jakieś święto, co oznacza KORKI. Jedziemy kuźwa od 8 rano, a samochodów nie ubywa. Mam wrażenie, że jest ich coraz więcej.

Ruch uliczny w Indonezji jest jakby połączeniem tego indyjskiego i wietnamskiego. Z tym pierwszym kojarzy mi się nagminne zajeżdżanie drogi, ogólna chamskość kierowców i prawo większego. Wokół nas inne busiki, duże autokary, jeepy, trochę zwykłych osobówek i milion skuterów oraz motorów (tutaj nawiązanie do Wietnamu). Są też oczywiście ciężarówki załadowane na wysokość 5 metrów jakimiś patykami, gigantycznymi paczkami czipsów i cholera wie czym tam jeszcze. Wyprzedza się raz z lewej, raz z prawej, wokół lawirują skutery i motocykle. Jeździ się „na zderzaku”, zachowując minimalną odległość od poprzedzającego pojazdu. Wymuszamy pierwszeństwo, wyprzedzamy widząc jadące z naprzeciwka pojazdy, zmuszając je do zjechania na pobocze i zwolnienia, przed chwilą niemal zmiażdżył nas autobus, bo nie zatrzymaliśmy się mijając go, kiedy ten akurat postanowił zmienić pas. Po zmroku robi się jeszcze ciekawiej, nie każdy ma światła, nie wszystkim działają prawidłowo, a para skuterków z naprzeciwka wygląda jak samochód, więc generalnie „hati-hati”, czyli „uwaga”! Klakson spełnia chyba tylko jedną rolę: spieprzaj dziadu, bo jadę. Aczkolwiek nie jest to odbierane jako przejaw chamskości, raczej jak ostrzeżenie. Szokuje fakt, że przez ten cały dzień nie byliśmy świadkiem chociażby jednej kolizji. Parę razy było ostre hamowanie, ale i tak uważam dotarcie do celu w jednym kawałku za spory sukces.

Skręcamy w boczną uliczkę, jakiś dziki skrót. Droga się kończy, ciemno i nic nie ma – już myśleliśmy, że jedziemy na wycięcie nerki. Na szczęście jednak nie:) Domy wyglądają tu podobne jak w Malezji, całe ściany i podłogi w płytkach, kanapa gdzieś tam niby stoi, ale rodzinka i tak leży lub siedzi na podłodze, ewentualnie na kocu. Wszyscy mają pootwierane drzwi, skuterki zaparkowane elegancko w salonie obok telewizora. Nie ma problema.

W ogóle tutaj przez 450 km ciągną się mniejsze lub większe zabudowania. Na drodze Yogyakarta – Bromo jest praktycznie tylko kilka miejsc, gdzie wzdłuż drogi nie ma żadnych budynków. Cały czas milion ludzi, sto tysięcy aut. Wzdłuż pola jechaliśmy może przez 10 minut.
Wieczorem zapominamy na chwilę, że nasz bus nie ma klimatyzacji, o której nas wcześniej zapewniano. Robi się coraz chłodniej. Jedziemy stromo pod górę, a auto ledwo już ciągnie. Dojeżdżamy do jakiejś miejscowości, której nazwę oznajmia mi krótkie, acz wesołe przywitanie: „Welcome to Probolinggo”. Tam czeka nas zmiana auta na jakieś terenowe, busopodobne Mitsubishi, ma reduktor, także daje radę i ciągniemy już niemal pod same wzgórze wulkaniczne, na nocleg. Po 14h jazdy mamy wrażenie, że tyłki nam zaraz odpadną, ale lądujemy w naprawdę fajnym hotelu kilka kilometrów od wulkanu Bromo. Wtedy jeszcze nie wiemy, że za chwilę czeka nas impreza w meczecie obok, na którą się wbiliśmy, ale o tym w kolejnym wpisie. Stay tuned, bo to była naprawdę dobra historia. ;)

P.S. Wybaczcie brak zdjęć, nie sądziliśmy, że sama droga może być całkiem ciekawa. A potem zrobiło się ciemno i fotki by nie wyszły cacy :P

Dodaj komentarz