Tak się bawi Indonezja :-)

Najlepsze imprezy zdarzają się zwykle wtedy, kiedy ich nie planujesz. I chyba coś w tym jest. Tego, co się stało w godzinę po dojeździe do naszego hotelu pod Bromo zupełnie nikt nie planował. No, przynajmniej nie my.

Jak napisał Wojtek w swojej emocjonalnej opowieści o drodze pod Bromo, przez cały dzień zza szyb naszego rozklekotanego busa widzieliśmy różnego rodzaju występy, ze względu na święta w Indonezji. Praktycznie w każdym większym mieście. Wszystkie miały pewien wspólny element – śpiew, taniec i niezwykle piękne, tradycyjnie ubrane kobiety. Strasznie się wtedy chcieliśmy zatrzymać i zobaczyć co tak właściwie się dzieje, ale oczywiście to było niemożliwe.

Kiedy więc usłyszeliśmy znajome już dźwięki i zobaczyliśmy występy zaraz niedaleko naszego hostelu, od razu poszliśmy zobaczyć o co chodzi. Nasze późniejsze losy potoczyły się tam tak szybko, że właściwie, kiedy wróciliśmy już spać byliśmy wciąż strasznie oszołomieni, wybaczcie więc lekki chaos w tej opowieści.

Niemniej jednak okazało się, że impreza odbywa się nie gdzie indziej, jak… pod meczetem. Już z daleka było słychać głośną, tradycyjną muzykę i śmiechy. Kiedy więc podeszliśmy bliżej Wojtek, który szedł pierwszy został niemal zagoniony do środka, a w jego ręku momentalnie znalazła się… szklaneczka z piwem. Ja siłą rzeczy weszłam za nim i już opiekował się mną jeden z uczestników imprezy. Przez te dwie godziny raczej się nie nudziliśmy :-)

święta w Indonezji
Wojtek ze swoim nowym przyjacielem

Oczy wszystkich ludzi w środku zwróciły się na nas, wszyscy byli uśmiechnięci, niezwykle sympatyczni a jeszcze bardziej pijani :-) Pod sceną ustawione były krzesełka, na których nas od razu posadzono. Co chwilę ktoś donosił kartony piwa, a w naszych szklankach ani przez chwilę nie mogło być pusto. Piwo Bitang piło się jak wódkę. Na raz, do końca, a szklaneczka miała wielkość dużego kieliszka. A że toast z nami chciało wznieść pół wioski, ja już po chwili zaczęłam wysyłać Wojtkowi sygnały „o co chodzi!?”. Co chwilę ktoś do nas podchodził i padały standardowe pytania: skąd jesteście, jak macie na imię, jak wam się podoba Indonezja. To w zasadzie było wszystko o czym mogliśmy porozmawiać, bo większość osób nie mówiła po angielsku, a bahasa indonesia nie jest nam jeszcze do końca znany :-) W każdym razie impreza chyba odbywała się z okazji obrzezania, ale nie do końca skumaliśmy.

święta w Indonezji
Na zdrowie!

Co jakiś czas przysiadały się do nas nowe osoby i chciały się z nami napić, a inni tylko z rozbawieniem pokazywali, że tamci są pijani. Co ciekawe, „pijany” pokazuje się mniej więcej jak znak salutowania, więc zanim skapnęłam się, że o to chodzi minęło trochę czasu.

Królowie parkietu!
Królowie parkietu!

„Jedzenie, jedzenie, idźcie jeść!” – wtedy zaczęliśmy kolejny etap imprezy. Przeszliśmy do drugiej sali, gdzie rozłożone były stoły wręcz uginające się pod ciężarem jedzenia. Patrząc z perspektywy czasu to chyba najlepsze jedzenie, jakie spróbowaliśmy od ponad tygodnia w Indonezji. Chrupiące krewetki, kurczak, ryż, różnego rodzaju sosy i inne rzeczy, których nie potrafiliśmy rozpoznać. Pychota. Potem musieliśmy się przenieść 3 stoły dalej, żeby spróbować słodkości. Były ciastka, ciasteczka, czekolada i coca cola :) A wszystko to dla uczestników za darmo.

święta w Indonezji
Jedzenie!

Kiedy już nasze żołądki były pełne, wróciliśmy dalej walczyć na kieliszki :-) Tym razem jednak padła pewna propozycja – „idźcie na scenę tańczyć”, a uwierzcie mi, nie była to prosta sprawa. Na scenie oprócz tradycyjnej orkiestry było 4 czy 5 pięknie umalowanych i ubranych tancerek, z czego jedna robiła też za piosenkarkę.

Jedna z tancerek
Jedna z tancerek

Wokół nich „tańczyli” mężczyźni, którym na ramionach zwisała pomarańczowa chusta – to znak, że zapłacili tancerkom i orkiestrze i mogą brać udział w pląsach na parkiecie. W zasadzie trudno powiedzieć, że był to taniec. Poruszali się niezwykle wolno, czasem energicznie ruszając dłońmi, czasem jedną nogą, a w innych momentach wyglądało to bardziej jak thai chi, niż taniec. Wszystko to przy tradycyjnej muzyce. Po jednym kawałku tradycyjnym następowała część dyskotekowa i tak w kółko.

Pląsy na parkiecie
Pląsy na parkiecie

No i tak Wojtek został wręcz wypchany na scenę. Zapłacił 10.000 rupii orkiestrze i tyle samo tancerce (dodam tylko, że dostał tę najpiękniejszą i z największą ilością tapety na twarzy). Zaczął się javanese dance. Nie wiem dlaczego mnie też jakoś wciągnęli na scenę i kazali tańczyć, więc plan zrobienia Wojtkowi dobrych zdjęć w ramionach pięknej indonezyjskiej tancerki legł w gruzach :-)

Wojtek ze swoją nową dziewczyną :-)
Wojtek ze swoją nową dziewczyną :-)

W każdym razie javanese dance jest dość trudny. Nam ruchy tańczących wydawały się wcześniej spontaniczne i chaotyczne, a okazało się, że wszystko jest ułożone i zgodne z planem. Czasem tańczy się naprzeciwko siebie, potem jedna z osób się obraca i tańczy do drugiej tyłem, potem w ogóle tańczy się plecami do siebie, a potem to już sama nie wiem, bo byłam pijana od tego piwa :-) No, dodam tylko, że w pewnym momencie nasza gwiazda wieczoru, tall man Wojciech Ch. dostała mikrofon pod nos i musiała śpiewać w rytm indonezyjskich dzwoneczków. Nie peszyła go nawet obecność kamery, która całe to zdarzenie filmowała. Coś mi się wydaje, że mister Ciastek, jak tu czytają jego nazwisko, stał się nową lokalną atrakcją, która będzie pokazywana następnym pokoleniom :-) Hahahahahahahahahaha

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz