Wakacje na Boracay!

To były nasze 3 ostatnie dni podróży po Filipinach. Strasznie nie chcieliśmy ich spędzić znów w Manili, więc od kilku dni kombinowaliśmy ostro gdzie można się zatrzymać w drodze z Legazpi do stolicy i nacieszyć się jeszcze piękną pogodą. W Legazpi lało, w Manili odpocząć się nie da, dodatkowo w perspektywie mieliśmy kilkustopniowe mrozy w Polsce i śnieg, więc sobie wyobraźcie nasze parcie;) Biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy na Filipinach, wymagania mieliśmy całkiem niewielkie. Słońce, plaża, palmy i dużo taniego rumu.

Lecimy na Boracay! I już!

Nawet nie wiem dokładnie kiedy właściwie się zdecydowaliśmy. Ot tak, krótka piłka. Jedno wejście na neta, sprawdzenie ceny lotów na NASTĘPNY (!!!) dzień, szybka kalkulacja i już. Kupiliśmy bilety. Będzie Boracay!

To musiało się tak skończyć. Wszyscy atakowali nas tym całym Boracay od pierwszej minuty naszego pobytu na Filipinach. Dla Filipińczyków Boracay to raj na Ziemi, kwintesencja marzenia każdego turysty. Prawdziwe must see. Miejsce, którego nie można ominąć. Cud, miód i orzeszki. No więc kiedy zobaczyliśmy bilety za 200 zł w tą i z powrotem, w dodatku idealnie zgrywające się z naszym powrotnym lotem do Polski – po prostu musieliśmy tam polecieć ;)
Pamiętaliśmy przy tym jednak o małym mankamencie tego posunięcia. To, co Filipińczykom wydaje się turystycznym rajem, jest niekoniecznie równoznaczne z naszymi upodobaniami. Rachunek był prosty. 50:50. Albo będzie super, albo znajdziemy się w turystycznym koszmarze.

Turystyczny raj?

Boracay to mała wysepka, która niemal całkowicie została zaadaptowana na jeden wielki kurort. To jedno z najpopularniejszych miejsc na plażowanie na Filipinach. Długa na kilka kilometrów, piaszczysta plaża, sklepy, restauracje i setki hoteli (raczej tych z górnej półki), a do tego gorące kluby, salony masażu i wszystko, czego dusza zapragnie. Na Boracay nie da się nudzić. No więc pojechaliśmy.

Po wyjściu z samolotu na lotnisku w Kalibo na sąsiedniej wyspie mieliśmy mieszane uczucia. Dopiero tutaj zorientowaliśmy się jak ogromnych tłumów możemy się spodziewać. Białasy były dosłownie wszędzie w ilościach, jakich od 2 miesięcy nie widzieliśmy. Po raz ostatni chyba w Kucie na Bali. Jeszcze więcej dookoła było Chińczyków, Japończyków i Koreańczyków. (Mamooooo, chyba jednak nie chcę tam jechać!)

Miesiąc wcześniej między innymi przez Boracay przeszedł ogromny tajfun Yolanda, a jego obecność dało się od razu zauważyć. Palmy były pochylone, czasem powalone, a część dachu lotniska dosłownie zmiotło. Nie mieliśmy jednak zbyt dużo czasu na zadumę, od razu wpakowali nas do busa i ruszyliśmy w stronę Boracay. Potem opłacenie taksy klimatycznej, krótki rejs statkiem razem z tysiącem innych osób i już byliśmy w porcie. W tym momencie byłam już pewna – Boracay to masówka jakich mało. W dodatku ilość wielkich walizek na kółkach i odpicowanych Azjatek sprawiała, że zaczęłam się lekko obawiać, czy znajdzie się tu miejsce dla biednego, polskiego backpackera. Na szczęście krótki spacer po okolicy utwierdził nas w przekonaniu, że jednak znajdzie :) Bez większego problemu znaleźliśmy pokój z klimatyzacją za niecałe 50zł, 3 minuty od plaży.

Plaża na Boracay

A plaża jest nieziemska. Chrzanić te tłumy, wszystkich naganiaczy i MacDonaldy dookoła. Jedno trzeba temu miejscu oddać – jest pięknie! Siedzisz na plaży patrzysz w prawo i w lewo, a końca plaży nie widać. Woda ma tu taki kolor, że chyba nigdy nie widziałam takiego lazuru. Czy niebo jest zachmurzone, czy zbiera się na burzę, czy świeci słońce – kolor wody wprawia cię w prawdziwy zachwyt. Do tego najbielsza biel drobniuteńkiego piaseczku, przypominającego prawie ten z Papaya Beach w El Nido i lekko kołyszące się na wietrze palmy. Cudownie. Wejście do wody idealne dla dzieci – bardzo długo jest płytko, właściwie trzeba odejść na dość sporą odległość od brzegu, żeby się całemu zanurzyć. Żyć nie umierać.

Boracay
Plaża na Boracay

Boracay

W ciągu dnia na plażach pustki. Większość klienteli Boracay to Azjaci – a oni, jak wiadomo, słońca raczej unikają (wieeeelki plus!). Wychodzą dopiero o zachodzie słońca, a wtedy całe to miejsce zmienia się nie do poznania. Wszędzie dzikie tłumy, zaczyna grać głośna muzyka, to miejsce budzi się do życia. Na plaży ustawiane są dodatkowe stoliki z krzesłami, wystawia się łóżka (albo raczej leżanki) do masażu, a słodkie Filipinki zaczepiają każdego przechodnia – massaaaaa? Gdzieniegdzie na plaży gra zespół na żywo (swoją drogą niektóre naprawdę świetne) umilając czas klientom droższych restauracji. Ktoś miota ogniami, ktoś tańczy. Naganiacze próbują złapać klientów na kolejny dzień pełen wrażeń. Rejs motorówką? Skuterem wodnym? Nurkowanie? Nie?! To może lot helikopterem? :) Na Boracay wszystko jest możliwe. Mój ulubiony naganiacz witał nas codziennie słowami: „Do you want to spend your money?” z szelmowskim uśmiechem.

Boracay

Boracay

Boracay to komercha, powiecie. Jasne. Ale nam się podobało. Na 3 dni. Więcej na pewno męczy i spłukuje cię z gotówki do reszty, bo pokus tu jest mnóstwo. Lody, tanie jak barszcz podrabiane Ray Bany, masaż za kilka złotych, dobre jedzenie, ciuchy, szalone atrakcje… i tani kokosowy rum „Boracay”. To było jednak coś, czego potrzebowaliśmy i co będziemy bardzo mile wspominać ;)

Nasze znalezisko
Nasze znalezisko :)
Rum Boracay
Jest i rum Boracay!

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz