Wulkan Bromo

Była 3:20 rano kiedy zerwaliśmy się z łóżek, po całych 2 godzinach snu. Za 10 min mieliśmy wsiąść do jeepa i jechać zobaczyć wschód słońca nad wulkanem Bromo. Nie zdążyliśmy jeszcze dobrze zasnąć po imprezie przy meczecie, a już trzeba było wstawać. Brrr. Momentalnie wbiliśmy się we wszystkie ciepłe ciuchy jakie mieliśmy i usiedliśmy w hotelowej restauracji. Po naszych jeepach i obiecanym wczesnym śniadaniu nie było ani śladu. Było za to sporo osób, które czekały tak jak my. Ich jednak po kolei wołali, a my siedzieliśmy przez następne 40 minut jak idioci. Już wtedy powinniśmy byli wiedzieć, że organizacja naszego wyjazdu nie jest na najwyższym poziomie… (potem musieliśmy na transport czekać jeszcze 2 godziny).

land crusier j40
Wojtkowa Toyota

Nagle nas wołają, zbieramy się więc w 3 sekundy i już siedzimy w jeepie. (legendarna Toyota Land Cruiser serii J40 – fantastyczny wóz, tysiące takich było pod wulkanem, magia… Ulubiony pojazd tutejszych jawajczyków, jak Defendery w Cameron Highlands w Malezji. – W.) Na przednich siedzeniach, Wojtek o mało nie skichał się w gacie ze szczęścia. Ruszamy ostro pod górę, a przed i za nami cały korowód takich samych aut. Wszyscy jadą w jedno miejsce – punkt widokowy na wulkany Bromo, Batokr i Semeru. Spieszymy się, żeby zdążyć na wschód słońca.

bromo przed wschodem
Bromo i Batok chwile przed wschodem słońca
bromo wschód
Bromo i Batok o wschodzie słońca

Wczesne wstawanie było tego warte, wulkany skąpane w porannym słońcu wygląda ją niesamowicie. O dziwo nie przeszkadzają mi nawet wszyscy ludzie dookoła, a jest ich całkiem sporo. Bez problemu znajdujemy sobie miejsce, gdzie Wojtek może spokojnie zrobić zdjęcia. Coś jednak nie gra – wcale nie znajdujemy się w punkcie, z którego widok znamy z pocztówek. Jesteśmy o wiele niżej. Cóż… Obok nas foty trzaskają zziębnięci Indonezyjczycy. Jest około 5st Celsjusza, a oni są ubrani w cienkie bluzy, więc trzęsą zębami głośniej niż nasz nasz aparat robi zdjęcia. No cóż… Wulkan Bromo wygląda naprawdę okazale – tak mi się wydaje na początku, bo potem okazuje się, że wulkan, który barałam za Bromo okazuje się wulkanem Batok). Teraz uwaga, już tłumaczę – dymiący niski wulkan po lewej to Bromo. Wyższy, zielony, bardziej z przodu to Batok – ku mojemu zaskoczeniu. Z tyłu zaś widać Semeru – ten najwyższy. Ten najładniejszy jak dla mnie to Batok i jak dla mnie powinno się mówić, że się jedzie pod Batok, a nie Bromo :P Jest idealny – kolory, kształt. Piękny. Nie spodziewałam się, że wulkan może być porośnięty roślinnością. Niech prof. Kostrzewski mi to wybaczy, ale w mojej głupiutkiej główce wulkany zawsze wydawały się takie gołe, niedostępne, a tu – piękna zieleń ;-)

Jedziemy na dół zobaczyć krater wulkanu Bromo, zaraz koło wspomnianego zielonego Batok. Znowu kolejka. Po wschodzie słońca wszyscy ruszają w tę samą stronę. Jeepy ustawiają się w równej linii, wyglądają bardzo podobnie i różnią się tylko kolorami – nic więc dziwnego, że po wszystkim szukamy naszego wozu przez dobre 10 minut. Między jeepami manewrują goście na motorach i… koniach! Wyglądają naprawdę jak dzicy Apacze. Galopują z ogromną prędkością po płaskiej powierzchni przed wulkanami. Za nimi kłębią się prawdziwe chmury z pyłu wulkanicznego, który tam osiadł – prawdziwe morze piasku i pyłu. Robi się coraz cieplej i coraz ciężej się oddycha – głównie przez ten pył. Trzeba zasłonić sobie twarz i nie przejmować się stanem swoich ubrań. Są tak brudne jak nigdy.

Koniem na bromo
Jedni jeepem, inni na koniu

Idziemy w stronę wulkanu, co chwilę Indonezyjczycy proszą nas o zdjęcia, więc już powoli mam tego dosyć. Pył unosi się dosłownie wszędzie, a do tego na wejście na kalderę krateru trzeba trochę poczekać. Jest tyle ludzi, że potem zastygamy na 10min w kolejce do zejścia. W każdym razie było warto, bo wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy jak właściwie wygląda wulkan w środku :)

krater bromo
A tak wulkan wygląda w środku
wojciech chrząstek bromo
Wojtek stojący na kraterze Bromo, a Batok w tle :)

Na górze trochę zajeżdża siarką ale można wytrzymać. Niektórzy próbują zjechać z wulkanu z powrotem jak na sankach, tylko bez tych sanek, na tyłku. Drą się przy tym niemiłosiernie, bo pył mają już wszędzie – na ubraniach, w oczach, ustach, nosie. Fajna zabawa… Po pokonaniu całej tej ekipy schodzimy na dół.

morze piasku i pyłu
Ogromna przestrzeń przed wulkanami

Spieszymy się, bo nasz kierowca już pewnie czeka. Nie ma czasu na kontemplację, cieszenie się widokiem, trzeba wracać do hostelu. Dziś kolejne 10h jazdy w kierunku kolejnego wulkanu – Ijen. Już nie możemy się doczekać.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz