Wulkan Ijen

Tego, co zobaczymy po 1,5 godzinnym spacerze w pyle i kurzu pod górę na wulkan Ijen chyba nikt się nie spodziewał. Przepiękne, a zarazem straszne miejsce. Nigdy nam nie przyszło do głowy, że wulkan może buchać siarką a nie lawą… Księżycowy krajobraz krateru w połączeniu z pięknym kolorem jeziora na jego dnie i cytrynowożółtymi oparami siarki, które ulatniają się z dołu zrobiły na nas ogromne wrażenie. Spokojnie oglądamy i rejestrujemy to, co mamy przed oczami, sięgając aż w dół do dna krateru. Gęsty dym siarki, i jej kopalnia na dole zaprzątają nasze myśli. Chcemy zobaczyć to z bliska.

droga do ijen
Wdrapując się na Ijen można zobaczyć także inne wulkany…

Szybka decyzja i tak! Schodzimy na dół do krateru. Zabiera nas tam dwóch pracowników kopalni. Targujemy się z nimi, bo za sprowadzenie nas na dół chcą zdecydowanie za dużo pieniędzy. Początkowo się zastanawialiśmy, czy w ogóle z nimi iść i nie spróbować dostać się tam bez pomocy, ale późniejsze wydarzenia rozwiały nasze wątpliwości, a nasi nieformalni przewodnicy bardzo się przydali.

ijen krater
Ostatni odcinek drogi na krater Ijen wiedzie wzdłuż jego krawędzi

Droga w dół krateru

Powoli schodzimy na dół. Droga jest bardzo wąska i trzeba uważać pod nogi, żeby się nie poślizgnąć na luźnych kamieniach. Cały czas mijają nas pracownicy kopalni, dźwigający na barkach kosze pełne siarki. Mordercza praca. Jeden człowiek idzie przeciętnie 2 razy do krateru i wraca z 60-80kg załadunkiem. Kosze trzeszczą, a oni powoli wspinają się do góry, uważnie stawiając każdy krok. Potem czeka ich zejście na dół i ważenie zebranego materiału. Za 1 kg siarki otrzymują 600 rupii (ok. 17 groszy), ich dniówka wynosi więc mniej-więcej 30zł. Jak na indonezyjskie warunki nie jest to znowu tak mało, ale za półgodzinny masaż stóp zapłaciliśmy ostatnio po 8,5zł więc sobie porównajcie.

do wnętrza krateru ijen
Droga do wnętrza krateru łatwa nie jest…

Schodzenie na dół nie należy do najprzyjemniejszych. Siarka powoli staje się nie do zniesienia. Dym, który wydobywa się z krateru jest coraz bardziej gęsty, a jak wiatr zawieje w naszą stronę prawie się dusimy. Ledwo można oddychać, więc nawilżamy chusty wodą i przykrywamy nimi usta. W ten sposób udaje nam się spokojnie nabierać powierza. Oczy szczypią niemiłosiernie, łzy lecą po policzkach. Cały czas myślę o tych ludziach, dla których takie warunki są codzienną normą…

górnik ijen
Nasz „przewodnik” i Karola „James Cameron” Łuczak

Cisza przed burzą

Kiedy jesteśmy już na dole czujemy się trochę lepiej. Dym wydobywający się z wielkich rur nie leci akurat w naszą stronę, więc oddychamy normalnie. Górnicy w oddali pracują, a my idziemy przyjrzeć się wodzie w jeziorze… te kolory! Jest pięknie. Naprawdę pięknie.

jezioro w kraterze ijen
Nieziemskie krajobrazy wewnątrz krateru i piękne, ale dość gorące jezioro :)

Kiedy tak pozwalamy sobie na chwilę rozmarzenia nagle przykrywa nas ogromna żółta chmura. Opary dosłownie nas zakryły. Zaczynam się dusić, krztusić, płakać, nie mogę nabrać tchu. Wojtek trzyma mnie za rękę, uspokaja i mówi, że najgorsze zaraz przejdzie. Jestem wystraszona, nie chcę już tu być. Mówię mu, że idę trochę wyżej i tam na niego poczekam – Wojtek chce jeszcze zrobić zdjęcia pracownikom. Ja mam już dosyć. Mnie wulkan Ijen pokazał już swoją najgorszą, najstraszniejszą stronę, więc się wycofuję.

siarka ijen
Mordercza praca przy wydobyciu brył siarki
wydobywanie siarki
Temperatura, trujące opary i średniowieczne metody wydobycia…

Z wulkanami nie ma żartów!

Czekam i czekam i czekam… a Wojtka nie ma. Nie widzę nic, co dzieje się 30m pode mną w kopalni, bo znowu wszystko przykryła chmura, boję się trochę o Wojtka, bo jest gdzieś w środku tych oparów. Chowam się za jakimś kamieniem i staram uspokoić. Nagle widzę! Jest! Z żółtej chmury wyprowadza go nasz przewodnik. Wojtek powoli i z trudem przemieszcza się w moją stronę, mówiąc, co się przed chwilą wydarzyło:

W: Podszedłem na prawdę blisko, jakieś 2-3 metry od szczelin, z których wydobywały się opary siarki. Robiłem sobie spokojnie zdjęcia pracujących „górników”, jakiś tam filmik, oglądałem co i jak. Co jakiś czas musiałem się odwrócić, żeby odkaszlnąć i zamknąć szczypiące od tych wyziewów oczy. Nie było przyjemnie, ale do wytrzymania i stwierdziłem, że się poświęcę i zrobię chociaż w miarę dobre zdjęcia. Nagle się zaczęło – wprost na mnie buchnęła wściekła, ogromna żółta chmura siarkowego dymu. Pracujący obok „górnicy” zasłonili się, pochylili i… nie wiem co dalej, bo nic nie widziałem. Opary były tak gęste, że nie mogłem dostrzec nawet swojej ręki. Do tego wszystkiego zacząłem się dusić. Pierwszy łyk powietrza zmieszanego z wyziewami i aż mnie skręciło, odruchowo zacząłem brać głębsze oddechy, co tylko pogorszyło moją sytuację, do tego łzawiące oczy i totalna dezorientacja. Na szczęście po chwili zrobiło się trochę jaśniej i zobaczyłem naszego przewodnika biegnącego w moją stronę. Dwie głowy niższy ode mnie facet chwycił mnie za ramię i wyprowadził z tego piekła… w trochę mniejsze piekiełko, za skałami, gdzie mogłem chwilę odpocząć i zaczerpnąć nieco mniej trującego powietrza. Czy uratował mi życie? Nie wiem, mocne słowa. Wydaje mi się, że trochę zdrowia na pewno… Byłem już spanikowany, nieprzygotowany do takiej sytuacji. Jasne, teraz na spokojnie analizując, to każdy mądry powie – trzeba było pochylić się jak najniżej ziemi, nie nabierać powietrza, itp. Tylko, że jak TO się dzieje, to nie myślisz, masz pełne gacie i jesteś zdezorientowany. W każdym razie – nie powiem – te kilkanaście sekund to silne przeżycie i na pewno na długo pozostanie w mojej głowie.

Przypadkowo kamerka GoPro, którą Wojciech dzierżył w łapach, była cały czas włączona i rejestrowała zdjęcia co 1 sekundę, więc zachowało się nieplanowane foto-story :) Jeśli chcesz zobaczyć jak to wyglądało, kliknij tutaj.

W tył zwrot!

Kiedy Wojtek doszedł już trochę do siebie powoli zaczęliśmy wracać na krawędź krateru. Szło nam się naprawdę ciężko. Po pierwsze byliśmy już bardzo zmęczeni, po drugie niemiłosiernie drapało nas w gardłach, dosłownie czułam swoje płuca, a po trzecie im było później, tym z krateru buchało coraz więcej siarkowego dymu. Nie mogliśmy też iść zbyt szybko, bo przed nami szli górnicy z pełnymi koszami siarki, więc również poruszali się z mozołem. Czasami udało nam się jakiegoś wyminąć, ale potem znowu buchał żółty dym i trzeba się było zakryć, zatrzymać. Te wyziewy są naprawdę ciężkie do zniesienia (dla zobrazowania sytuacji: po 2 tygodniach od wejścia na wulkan Ijen i kilku praniach, nasze ciuchy cały czas „pachną” siarką, tego nie da się usunąć…).

Karolina i Wojtek w Ijen
Uciekamy z krateru!

Kiedy znowu stanęliśmy na górze byłam naprawdę szczęśliwa. Stanęliśmy pod znakiem zakazującym turystom schodzenia w dół do krateru i zaczęliśmy się śmiać. Emocje opadły. Faktycznie, turyści nieprzygotowani na warunki panujące na dole nie powinni się tam zapuszczać. Cóż, my to zrobiliśmy i absolutnie nie żałujemy. Drugi raz już bym tam pewnie nie poszła, ale zobaczenie prawdziwego oblicza tego miejsca było naprawdę niesamowite. Jesteśmy pod wrażeniem tej piekielnie ciężkiej pracy górników i siły natury.

Tabliczka przy kraterze ijen
My oraz nasi znajomi Niemcy, którzy nie odważyli się zejść na sam dół :)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz