Życie to surfing… więc nie bój się fal!

Jeżeli o Bali wiedzieliśmy mało przed naszą podróżą, to o Lomboku nie wiedzieliśmy zupełnie nic. Nic, oprócz faktu, że to właśnie z tej wyspy wylatywaliśmy potem do Malezji. Z balijskiego miasta Kuta planowaliśmy się tam dostać wykupując jedną z opcji biur podróży – autobusem przez Bali, potem promem i znów autobusem też do Kuty, ale już na Lomboku. Ceny za taką 11 godzinną podróż wahały się od 225 do 250 tys. indyjskich rupii (ok. 65 – 70zł) za osobę. Wyobraźcie więc sobie nasze zdziwienie, kiedy okazało się, że na dzień przed wylotem cena za 45 minutową podróż samolotem była jedynie o ok. 20 zł wyższa od opcji autobus + prom. Nawet nie było się nad czym zastanawiać. Po chwili mieliśmy już nasze bilety w ręku, zaoszczędzony cały dzień podróży i wizję przelotu po raz pierwszy w życiu samolotem ze śmigłami (dobra, wiem, że to nic spektakularnego, ale dla nas to było WOW).

samolot Bali Lombok
Przed wylotem

Lot był całkiem przyjemny do momentu lądowania. Mieliśmy miejsca przy wyjściu ewakuacyjnym, więc dużo miejsca na nogi, wliczone w cenę bagaże rejestrowane, przekąskę w postaci bułki oraz wody i pijane towarzystwo podstarzałych Czechów na pokładzie :-) Przed samym lądowaniem rozpętała się jednak burza, lataliśmy w kółko między wyspą, a morzem, morzem a wyspą. Trzęsło nami jak cholera i nawet ja, która uwielbia latać, zaczęłam się stresować. Ktoś tam nawet zaczął krzyczeć, kiedy gwałtownie obniżyliśmy lot, ale generalnie dolecieliśmy w jednym kawałku, więc wszystko ok.

Lombok lotnisko
Witamy na Lomboku!

Kuta na Lomboku

Z lotniska na Lomboku udaliśmy się taksówką prosto do wspomnianej wcześniej Kuty i spodziewaliśmy się, że jedziemy do „miasta”, a okazało się, że to wioska jakich mało. I to chyba nam się najbardziej spodobało. Po zatłoczonym i bardzo komercyjnym południu Bali, Lombok wydał nam się niemal pustynią. Zupełnie inna roślinność, wysuszone góry, mały, żeby nie powiedzieć niemal zerowy ruch na ulicach, spokój, cisza i przestrzenie. Matko, czemu my tu nie przyjechaliśmy wcześniej?!

Lombok Indonezja
Puste drogi na wyspie

Meldujemy się w Banana Homestay – super miejsce, a już na pewno bylibyście wniebowzięci, gdybyście byli surferami. Dwa pawilony postawione równolegle do siebie to dosłownie zagłębie surferów. Podobno jeśli surfing w Indonezji – to właśnie tutaj. Wszyscy mają tu skutery z mocowaniem do transportu desek, rozmawiają tylko o najlepszych spotach do uprawiania tego sportu i właściwie chyba też przez to, my sami załatwiamy sobie lekcje surfingu na następny dzień. Tu po prostu panuje tak surfingowa atmosfera, że wręcz nie wypada być zwykłym turystą.

W Banana Homestay poznajemy też 3 bardzo sympatyczne Polki i po trzech tygodniach w Indonezji po praz pierwszy rozmawiamy w naszym języku z kimś innym niż tylko ze sobą:-) Dziewczyny udzielają nam dużo rad i w ogóle jakoś tak fajnie jest! Chcielibyśmy zostać tu dłużej, ale na Lombok mamy tylko 3 dni :(

Nauka surfowania

Następnego dnia czekamy na naszych instruktorów surfingu. No dobra, szumnie powiedziane. To raczej dwa ziomki, które umieją surfować i chcą nam pokazać o co w tym wszystkim chodzi. Jest zabawnie. Jeden jest zjarany, drugi ma kaca, ale wydają się bardzo sympatyczni. Jedziemy więc na plażę. Początkowo miałam trochę obaw i jakoś specjalnie się nie paliłam do surfowania, ale potem byłam super szczęśliwa, że jednak Wojtek mnie namówił.

surfowanie w Indonezji
Karola i Simba, instruktor :P

Na plażę, na której mamy się uczyć surfować z Kuty jedzie się na skuterku dobre pół godziny. Okazuje się, że zanim nauczę się jak surfować muszę też nauczyć się obsługiwać iPoda mojego instruktora, który prowadzi skuter. W drodze słuchamy jakichś wesołych pląsów i podziwiamy widoki. Te przestrzenie… wow!

Chociaż w miejscu, gdzie się uczymy fala, na której można popłynąć przychodzi średnio co 5 minut, a większość czasu po prostu leżymy na desce i słuchamy śpiewów mojego instruktora, jest super. Żałujemy troszkę, że nie zaczęliśmy nauki w Kucie na Bali, gdzie warunki były do surfowania były zdecydowanie lepsze, ale ta plaża jest milion razy ładniejsza, niż tamta na Bali. Nawet nie ma porównania, więc suma summarum jesteśmy bardzo zadowoleni.

Surfing Lombok
Plaża, na której uczyliśmy się surfować

Generalnie Wojtkowi idzie znacznie lepiej na desce, niż mi. Ja na początku mam problemy nawet z tym, żeby na niej stabilnie leżeć:-) Kiedy Wojtek już łapie pierwsze fale i kilka razy udaje mu się już stanąć, ja wracam na plażę z podkulonym ogonem i ponownie ćwiczę wchodzenie na deskę na sucho, bez fal. Kiedy zmieniam deskę na troszkę mniejszą idzie mi od razu lepiej. Wreszcie przestaję myśleć jakie czynności mam po kolei wykonać tylko robię to mechanicznie i udaje mi się kilka razy stanąć. Wojtkowi też, z tym, że on wszystko już robi sam, a mi instruktor przy dobrej fali ciągle musi pomagać, żebym nabrała trochę więcej prędkości.

lombok surfing
Czekamy na fale…
lombok surfing
Uda się czy się nie uda?
Indonezja surfing
Udało się :)

Ze skuterem nie ma żartów

Po ładnych kilku godzinach nauki mamy już dosyć. Bolą mnie nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku ręce, a od wskakiwania na deskę mam obite kolana i kości na biodrach. Zanim wrócimy do naszego domku, wjeżdżamy jeszcze na inną plażę, gdzie nasi instruktorzy pokazują nam jak porządnie się surfuje na wielkich falach. Skaczą, latają nad falami, cuda niewidy. Faktycznie, świetnie to wygląda. Nieco gorzej natomiast prezentuje się niebo. Zbiera się na burzę…

Pod bambusowym daszkiem przeczekujemy największą ulewę, a kiedy tylko odrobinę mniej pada, wsiadamy na skutery. Ja ze swoim instruktorem, Wojtek ze swoim. Przeprawa przez szutrowe drogi po ulewie jest naprawdę ciężka. Koła skuterów ślizgają się niemiłosiernie, woda rozbryzguje się spod kół, a ja siedzę jak na szpilkach. No i się doczekałam. Chwila nieuwagi, mały poślizg, Simba (kierowca) nie może utrzymać skutera i lądujemy… – on na kamieniach, ja prosto w wielkiej, brązowej kałuży błota. Jestem w szoku, trzęsę się ze zdenerwowania, piecze mnie ręka i kolano. Simba podnosi motor i wygląda chyba jeszcze gorzej. Jest cały poobdzierany na plecach i kolanie. Z moje mojego już ciurkiem leje się krew i boli jak cholera. Wygląda strasznie, ale Wojtuś już spieszy z pomocą (<3) i szybko oczyszcza nam rany. Możemy jechać do domu. Zadrapania wyglądają fatalnie ale jak umyłam się porządnie pod prysznicem okazuje się, że będę żyła :) Rana goi się i próbuje zaschnąć przez kolejne 3 dni z marnym skutkiem. Po tygodniu jest już ok, tylko nieładnie wygląda. Po 4 miesiącach na kolanie mam dalej ślad. To chyba będzie moja najtrwalsza indonezyjska pamiątka :)

lombok
Lombok efekty: spalona twarz i rozwalone kolano :)

No cóż, przez następnych kilka dni nie weszłam już do morskiej wody, a to właśnie na Lomboku znaleźliśmy najlepsze plaże w Indonezji. Zdarza się. Niemniej jednak surfing w Indonezji jest spoko, polecamy :)

Informacje praktyczne – Kuta Lombok

– Lotnisko na Lomboku to najgorsze lotnisko na świecie. Trzeba się uzbroić w cierpliwość, wszystko trwa latami. Chyba oszukują ze skrzynką pocztową, bo po 4 miesiącach nie doszły jeszcze wysłane stamtąd kartki. Opłata wylotowa 100.000 rupii/os.

– Taxi lotnisko – Kuta – 80.000 rupii (po ostrym targowaniu się), Kuta – lotnisko – 120.000 shuttle busem i nie da się zjechać z ceny.

– Całodzienna nauka surfingu (instruktor, transport, deska, koszulka) – 250.000 rupii/os. Wszystko załatwiliśmy w Banana Homestay.

– Banana Homestay – miejsce godne polecenia. Podstawowy pokój z wiatrakiem, łazienką i pysznym śniadankiem – 100.000 rupii. Wifi działa w ogrodzie.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz