2017 – podsumowanie

Nigdy nie pisałam podsumowań roku, ale ponieważ w ostatnich latach posty na blogu pojawiały się bardzo sporadycznie, postanowiłam zrobić skrót naszych najważniejszych wydarzeń podróżniczych 2017. Bo tak właściwie to dopiero wczoraj dotarło do mnie, że podróżniczo całkiem sporo się w tym 2017 roku działo. No więc żeby nieopisane wyprawy nie odeszły w zapomnienie postanowiłam skrobnąć tu kilka zdań 😊.

Od kiedy wpadliśmy w wir pracy jako piloci wycieczek, czasu na własne podróże – a już szczególnie na opisywanie ich – praktycznie nie ma. Jeden wyjazd służbowy zlewa się z drugim, a kolejne miesiące mijają niepostrzeżenie. To trzeba zmienić, bo coraz częściej dochodzimy do wniosku, że życie ucieka gdzieś między palcami. Żeby od razu tutaj uściślić – wyjazd służbowy choćby był w najdalszy i najbardziej egzotyczny kierunek świata, to jednak wciąż praca, więc takich wyjazdów w ogóle nie biorę pod uwagę jako podróż i ich nie liczę. Tylko dla jednego takiego wyjazdu zrobiłam wyjątek, ale o nim za chwilę.

W każdym razie w zeszłym roku udało nam się z Wojtkiem wyjechać wspólnie na dłużej trzy razy i uważam to za spory sukces, biorąc pod uwagę, że pracujemy praktycznie całe lato, a ja dodatkowo pół zimy 😊 i najzwyczajniej w świecie chcę jeszcze czasem posiedzieć w domu. No więc do rzeczy…

Znów z plecakiem

Początek roku przyniósł nam długo wyczekiwany wyjazd do Azji z plecakiem. To był nasz pierwszy dłuższy wyjazd backpackerski od 2013 roku. Co prawda był troszkę „oszukany”, bo pierwsze 10 dni odpoczywał tylko Wojtek będąc uczestnikiem wycieczki, którą prowadziłam… ale jednak! Objechaliśmy wspólnie wszystkie najbardziej turystyczne miejsca w moim ukochanym Nepalu, takie jak Dolina Katmandu, Park Narodowy Chitwan czy Pokhara.

Z widokiem na Bhaktapur

Jeździliśmy dosłownie po drogach, których nie ma, obserwowaliśmy 8-tysięczniki i tropiliśmy tygrysy oraz dzikie nosorożce. Co prawda ja byłam w pracy, a Wojtek po raz pierwszy był jednym z moich turystów (i nigdy więcej, bo był najbardziej czepialski i krytyczny ever!) ale i tak było super. I dla mnie i dla Wojtka, który po raz pierwszy wcielił się w tego rodzaju turystę, było to ciekawe przeżycie.

Przy stupie Boudanath koło Katmandu
Gdzieś pomiędzy Katmandu a Pokharą
Bhaktapur i przepyszne pierożki MOMO
Himalaje – w samolocie z Katmandu do Delhi

Druga część tego wyjazdu zapowiadała się jednak znacznie bardziej interesująco. Do walizek na objazdówkę włożyliśmy bowiem nasze plecaki i po pożegnaniu moich turystów w Katmandu polecieliśmy już sami do Indii i wreszcie mogliśmy te plecaki wyciągnąć. Walizki zostały w depozycie, a my odwiedziliśmy najpierw Amritsar na północy, a potem pofrunęliśmy na południe Indii do Kochin.

Złota Świątynia w Amritsarze

Indie południowe zaskoczyły nas całkowicie. To był zupełnie inny świat w porównaniu do Radżastanu, który ja kocham, a Wojtek nienawidzi ;) Ja byłam w siódmym niebie, a Wojtek przeżywał wzloty i upadki w zetknięciu z indyjską kulturą i godzinami spędzonymi w indyjskich pociągach. Odwiedziliśmy m.in. Kochin, ruiny w Hampi, plaże Goa i Bombaj.

Ulice Bombaju i Wojtek, który s… tęczą :) tak wiem, bez sensu ale uwielbiam to zdjęcie ;)
Kochin!
Plaże na Goa
Jedna ze świątyń Hampi

Spełniłam wtedy swoje marzenia – po pierwsze zamieszkaliśmy w domku na samej plaży, a po drugie poszliśmy zobaczyć tradycyjną sztukę południowych Indii – dramat/taniec kathakali. Odwiedziłam też miejsce, które bardzo chciałam zobaczyć od dawna, czyli slumsy Bombaju. Szkoda, że przeczytałam książkę Shantaram dopiero po powrocie do Polski… Nie popełnijcie mojego błędu.

Nasz domek na plaży na Goa
Przedstawienie kathakali. Wielkie WOW!
Bombaj

Kierunek Hiszpania

Na chwilę przed wyjazdem do Nepalu i Indii Wojtek stał się posiadaczem auta, którego swoją drogą szczerze nie cierpi i tak w marcu wraz ze znajomymi pojechaliśmy nim na 2-tygodniowego tripa po Hiszpanii. Przypomnieliśmy sobie dzięki temu stare dobre czasy jeżdżenia w długie trasy własnym samochodem oraz smak kabanosów i kawy z termosu w drodze 😊 Ależ to był świetny wyjazd!

Pintxos w San Sebastian… mniaaaaam!
San Sebastian <3
Tapasy w Bilbao

Motywem przewodnim było przepyszne jedzenie i picie i właśnie TO podobało mi się najbardziej. Do dzisiaj nie mogę też uwierzyć jak pięknie zgraliśmy ten wyjazd z planami znajomych. Jechaliśmy do Hiszpanii we czwórkę z Gochą i Piotrem, by potem w Kraju Basków dołączyła do nas Marlena, a gdy ona już musiała wracać do Bilbao do pracy, do Madrytu doleciała do nas Bober. Co chwila a to kogoś witaliśmy, a to się z kimś żegnaliśmy ale ciągle byliśmy w grupie 😊

Pożegnania i powitania

Zwiedziliśmy głównie kulinarnie Kraj Basków, oniemieliśmy na widok sposobu podawania cydru w Oviedo. Wojtek natomiast odbył sentymentalną podróż do Galicjii i po 6 latach odwiedził ponownie swoją ukochaną A Corunię, będąc tym samym naszym rozemocjonowanym przewodnikiem.

Spójrzcie jak się nalewa cydr!
A Coruna… miasto tysiąca okien ;)
Pulpo!
A Coruna i piękna pogoda – niemożliwe, a jednak!
Wojtek kocha… A Corunię.
Po deszczowym Kraju Basków wreszcie piękna pogoda

Byliśmy też w Madrycie, a do Walencji wpadliśmy prosto na święto Las Fallas (wow!) i zobaczyliśmy jak dosłownie puszcza się z dymem miliony euro.

Motyw przewodni – JEDZENIE. Tu paella w Walencji
Hej, ludzie, Walencja jest super!
Jedne z tysiąca fallas w Walencji i okolicach
Fallas
Płonie miasto!

Jako, że od kilku lat nie udaje się nam wspólnie z Wojtkiem obchodzić sylwestra (taka praca…), uczciliśmy go z mniej więcej 3-miesięcznym opóźnieniem w czasie pokazu sztucznych ogni w Walencji. Nawet odliczaliśmy od „dziesięciu” 😊.

Sylwester w środku marca :)

Na koniec po krótkiej wizycie w Barcelonie, Lloret de Mar i Gironie odkryliśmy jedno z najbardziej urokliwych miasteczek jakie kiedykolwiek widzieliśmy – Besalu. Serio, jedźcie tam!

Pyszne owoce morza w La Paradeta w Barcelonie. Nie omińcie tego miejsca.
Dinozaur Krzysztof w Lloret de mar
Przepiękne Besalu

Kwiecień, maj, czerwiec i lipiec były bardzo pracowite. Wojtek spędził je w Hiszpanii, a ja na Bałkanach z krótkimi powrotami do Polski. Z niepodróżniczych ciekawostek ale za to ważnych dla mnie momentów w ubiegłym roku dodam to jedno zdjęcie:

Dałam włos dla podopiecznych fundacji Rak’n’Roll

Udało mi się wyhodować prawie 30 cm włosów, które oddałam na perukę dla chorych na raka. Jeśli też się nad tym zastanawiasz – polecam fundację Rak’n’Roll :) Zmieniasz świat na lepsze, zyskujesz nowy look i uszczęśliwiasz kogoś w jednym!

Pojedynek na trąbki

W sierpniu oboje cudem dostaliśmy wolne i postanowiliśmy udać się autem (spodobało nam się) na Bałkany z przyjaciółmi. Razem z Koparą i Bobrem (pozdrawiamy!) zrealizowaliśmy kilkudniowy plan, którego głównym punktem, jak kilka lat temu, był festiwal trębaczy w Gučy. Zaczęliśmy małym falstartem – na wyjeździe z Wrocławia rozkraczyło nam się auto, ale w końcu po kilku godzinach ruszyliśmy w stronę Belgradu. Tam spędziliśmy dwie noce odkrywając wszystkie odcienie szarości tego miasta 😊 Kto był, ten wie!

Belgrad, ulica Skadarlija – o dziwo, nie szara
Omnomnom

Zjedliśmy najlepszego burka w historii i wczuliśmy się w klimat chodzących od knajpy do knajpy orkiestr przygrywających nam dosłownie do kotleta. Ja to kocham, reszta ekipy chyba polubiła i tak zrobiliśmy sobie zaprawę przez spędzeniem kolejnych trzech dni w małej wiosce Guča, gdzie piliśmy dużo wyskokowych napoi i bawiliśmy się dziko przy najcudowniejszym koncercie na jakim byłam w ciągu ostatnich lat, czyli Bijelo Dugme.

Gucaaaa heeeeej!
Guca, heeeej hej? :)
Bye bye Guca, ruszamy dalej!

Kiedy już wątroby i uszy odmówiły nam posłuszeństwa, a potoki deszczu zalały Gučę, ruszyliśmy do Sarajewa, zahaczając jeszcze o Mokrą Gorę i Višegrad.

Mokra Gora. Kto lubi „Życie jest cudem” Kusturicy – zna to miejsce.

Sarajewo jak zawsze powaliło. Mimo, że byłam w nim już chyba milion razy, nieustannie je kocham, a w zasadzie to coraz bardziej i bardziej. Tym razem znaleźliśmy czas, żeby zajrzeć do muzeum masakry w Srebrenicy, Tunelu Spasa pod sarajewskim lotniskiem i wjechać na górę Trebević aby zobaczyć panoramę miasta i stare tory bobslejowe z czasów ZIO Sarajewo ’84. Cała wycieczka upłynęła nam pod znakiem zajadania się bałkańskimi pomidorami, które MAJĄ SMAK i jedzeniem pljeskavicy. Było ekstra.

Kawa po bośniacku w Sarajewie
Atrakcje Sarajewa nocą
Sarajewo – coraz wyżej (Kukła Bober – making of)
Sarajewo – już wysoko
Dawne tory bobslejowe
Wreszcie tu dotarłam… tunel spasa

Babski wyjazd

Wrzesień, a dla Wojtka także październik to znowu praca. Za to ja w październiku pojechałam na babski wyjazd. Kończąc sezon na Bałkanach wybrałyśmy się z moją psiapsiółą, Olką na 10-dniowe kółeczko autem z Czarnogóry, przez Albanię, Macedonię i Kosowo do Chorwacji, a potem do Polski. Spędziłyśmy m.in. cudowny dzień nad morzem w okolicach Durres i odpoczęłyśmy w Ochrydzie w Macedonii.

W drogę!
Nad ukochanym jeziorem Ochrydzkim

Miałyśmy po drodze trochę przygód – widać dwie blondynki same w środku nocy na granicy albańsko-macedońskiej wyglądały podejrzanie, więc celnicy przetrzepali nam samochód. Odkryłyśmy Kosowo, które chyba obydwie wyobrażałyśmy sobie zupełnie inaczej. Odwiedziłyśmy przepiękne stare serbskie monastyry, wreszcie zobaczyłam Kosowo Pole, którym „męczono” mnie przez 5 lat na slawistyce, przebiłyśmy się przez „zasieki” KFOR-u, przejechałyśmy 100 km na lawecie (zaczynam się bać – co wsiądę do jakiegoś auta to się psuje) i przekonałyśmy się, że koń może też być śmieciarką 😊

Patriarchat w Peci
Kosowo Pole. To tuuuu
Drogi Kosowa
Hmmm… zasieki?
ŚmieciarKOŃ – tylko na Kosowie
Prizren

Podczas tego wyjazdu zobaczyłam też ŚNIEG pierwszy i ostatni raz tego roku – na granicy Kosowa i Albanii. Nieoczekiwaną wisienką na torcie (dosłownie, bo Olka miała wtedy urodziny) okazał się półdniowy wypad na wyspę Krk w Chorwacji. Babskie wyjazdy są super 😊

Jedyny śnieg, jaki widziałam w 2017 roku
Krk na Krku
Księżycowe widoki z miejscowości Baska na Krku

I co dalej? Oby dalej…

Listopad i grudzień minął mi znowu pracowicie i były to – pod względem zawodowym – jedne z fajniejszych wyjazdów, jakie pamiętam. Jeden zakończył dla mnie pewien etap pracy, drugi – wręcz przeciwnie, zaowocował zmianami w moim pilockim życiu i to mnie napawa optymizmem (chyba) na 2018. Mam jednak nadzieję, że 2018 będzie jednak obfitował przede wszystkim w takie wyjazdy jak te, które Wam opisałam, czyli prywatne, we 2 albo w grupie. Już nie mogę się doczekać i oby dalej!

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz