Zamknij oczy, otwórz buzię… kulinarne obrzydlistwa!

Siedzimy na tarasie naszego hostelu za 1 dolara w Siem Reap w Kambodży. Za godzinę mamy się spotkać z naszym tuk-tuk driverem, który zabierze nas po raz pierwszy do świątyń Angkoru. Nie tym faktem jednak jesteśmy tak podekscytowani, Angkor może chwilę poczekać. My mamy do spełnienia ważniejszą misję, do której przymierzamy się już od niemal 2 dni i nie może dłużej czekać!

Siem Reap, 20 września 2012

Siedzimy więc na tym tarasie i wpatrujemy się w „niezwykłe dania kuchni azjatyckiej”, krócej mówiąc – robaki w Kambodży. Przed nami, na mojej lekko drżącej dłoni leżą kolejno: wielki, czarny, włochaty pająk (jakaś odmiana tarantuli), kilka mniejszych robaczków a’la świerszcze, suszona żaba i ogromny, gruby robal, przypominający nieco karalucha. Na sam widok mam odruchy wymiotne, ale kiedy Wojtek mówi, że nie mogę być takim mięczakiem, zmuszam się, żeby na nie popatrzeć. Mam wrażenie, że ten pająk zaraz poruszy jedną ze swoich ośmiu usmażonych nóg… Jest mi niedobrze.

przysmaki kambodży
Szef kuchni poleca ;-)

No nic, co się odwlecze to nie uciecze. Zbieramy się w końcu na odwagę, żeby tego dotknąć… Tchórze, myślicie – ale spróbujcie sobie sami wyobrazić to włochate paskudztwo między zębami i strzelający Wam w paszczy robali odwłok… Powodzenia:) Nie obrzydził mnie tak mocno ani smażony pies, ani też oprawiany na naszych oczach wąż. Z pełną świadomością muszę powiedzieć, że kambodżańskie przysmaki to pełen hardkor i jazda bez trzymanki!

Tylko udaję, że się dobrze bawię...
Tylko udaję, że się dobrze bawię…

Dwa dni wcześniej…

Przechadzając się po jednym z bazarów w stolicy Kambodży, Phnom Penh, naszą uwagę przyciąga pewna sympatyczna pani, siedząca na małym stołeczku na środku chodnika. Wokół niej rozłożone są miski i wiadra z przeróżnymi robalami. Z największego wiadra niemal wylewają się smażone tarantule, które Kambodżanie wręcz uwielbiają. Z zaciekawieniem podchodzimy do tych rarytasów. Pytamy, czy możemy zrobić zdjęcie, ale pani jest trochę zniecierpliwiona i mówi, że tak, ale szybko. Nadchodzi bowiem bardziej poważna klientela – małżeństwo w średnim wieku, które zaczyna przebierać w pająkach. Po uśmiechach i błysku w oczach widać, że to ich przysmak, a robaki w Kambodży to niemal danie narodowe.

Kambodżańskie pyszności
Kambodżańskie pyszności prosto z ulicy

Wybierają chyba z 10, dokładnie sprawdzając, czy wzięli największe okazy. Mmmmm… będzie wyżerka. Żona namawia jeszcze męża na kilka karaluchowatych paskudztw, płacą i odchodzą. Nie wiemy ile ich to wszystko kosztowało, bo to nasz pierwszy dzień w Kambodży i nie jesteśmy jeszcze obeznani z tutejszą walutą. Z naszej obserwacji wynika, że zapłacili kilka fioletowych, żółtych i pomarańczowych banknotów:) W końcu bierzemy po 1 okazie z każdego gatunku i pewnie słono przepłacamy. A co tam, niech ma.

Jedz, nie marudź!

Dobra, zacznę od tych małych – mówi Wojtek i wybiera pasikonika.

Nie jest takie złe, spróbuj! Smakują jak słone chipsy! Jakoś nie chce mi się wierzyć, Wojtek czasem lubi mi robić takie psikusy. Obiecuję mu, że spróbuję, ale tylko jednej rzeczy. Mówiłam Wam przecież już przy opowieści o durianie, że jestem cienki bolo, jeśli chodzi o takie niezwykłe kulinaria. W czasie, gdy ja patrzę dalej z przerażeniem w oczach na tarantulę, Wojtek już pałaszuje żabę. Przypomina mi się kaczy embrion z Wietnamu.

danie w kambodży
Jak smakuje żaba?

Karolciu, żaba jest spoko. Będzie Ci smakować – przekonuje. Tym razem się poddaję i próbuję. Okazuje się, że Wojtek rzeczywiście miał rację. Suszona żaba jest rzeczywiście niczego sobie. Dosyć miękka, niemal gumowata i strasznie słona. Zaczynam nawet żałować, że nie dałam się namówić na pasikoniki…

Żabcia ;-)
Żabcia ;-)

Nadchodzi najgorsze. Wojtek w końcu sięga po wysmażoną na głębokim tłuszczu tarantulę. Tu zaczyna się hardkor. Nawet on ma lekkie problemy z przełamaniem się. Co tu dużo gadać – w jej wyglądzie nie ma chyba ani jednej części ciała, która by nie obrzydzała. Włochate, grube nogi, wielki, ciężki odwłok, obleśna „głowa” z krwiożerczą paszczą… Na samą myśl robi mi się słabo. Wojtek jest jednak nieugięty i bierze pierwszy kęs.

smażony pająk
Jak się za to zabrać?
Nie jest tak źle
Nie jest tak źle

– Nóżki są ok, czuję włoski, ale nie jest tak źle. O dziwo są puste w środku. Chcesz jedną?

– Eeee… nie! – niemalże krzyczę i lekko się odsuwam. Dzisiaj chyba nie dam mu buzi na dobranoc.

Dalej idzie już trochę gorzej. Wbrew pozorom cały pająk nie jest wcale chrupiący, a raczej gumowaty. Może to wina tego, że przez 2 dni leżał w woreczku foliowym, haha:) O ile nóżki były zjadliwe, o tyle odwłok… masakra. Wojtek ma wrażenie, że w tylnej części jest… kupa. Szybko wypluwa to, co miał w buzi i zapija coca-colą.

Mniaaaaami!
Mniaaaaami!

No dobra, to chyba starczy na dziś – mówi z grymasem na twarzy. Patrzymy jeszcze chwilę na tego karalucha i pasujemy. Chyba już się zepsuł, bo niemiłosiernie śmierdzi, a w dodatku na samą myśl o wzięciu go do buzi… nie będę nawet kończyła. Mimo tego, że nie spróbowaliśmy ostatniego przysmaku, dziś wrażeń nam raczej nie brakowało. Misja „robaki w Kambodży” zakończona. Tak, ten punkt wycieczki już można odhaczyć. Czas na Angkor…

Dodaj komentarz