Był sobie Laos

Laos, jeden z 20 najbiedniejszych krajow na swiecie, zadziwil nas od samego początku. To taka azjatycka Czarnogora:) Wszyscy mają wyrabane, zero spiny, a czas na relaks i sen to obowiązkowy punkt dnia kazdego Laotanczyka. Przynajmniej takie odnosi sie wrazenie. Wszystko tutaj funkcjonuje jakos wolniej i spokojniej.

Beerlao, piwo z Laosu
Pierwsze danie, jakie skonsumowalismy zaraz po przekroczeniu granicy

Ciezka droga… skad my to znamy:)

Na pierwszy rzut oka wydawalo nam sie, ze mimo wszystko Laos jest w miare ucywilizowany. Potem wsiedlismy do autobusu:) Po kilkudziesieciu kilometrach asfaltowa droga sie skonczyla, a zaczela prawdziwa „jazda”. Wyobrazcie sobie pedzic w nocy, w gorach autobusem, ktory jedzie po zwyklej gruntowej, ledwo utwardzonej „drodze” z samymi zakretami i takimi dziurami, jakich Polska na pewno by sie nie powstydzila.

Tradycyjny laotanski dom
Tak wyglada wiekszosc chat w laotanskich wioskach

Jechalismy przez wioski i wioseczki, w ktorych domy to wlasciwie tylko szalasy z bambusa, a do snu kolysaly nas rytmiczne  odglosy dochodzace z przodu autobusu. Ktos wymiotowal tak glosno, ze nawet silnika nie bylo slychac:) I tak podskakujac na kazdej dziurze, ktorych byly miliony i uderzajac prawie glowa o sufit autobusu, w tych wesolych podskokach spedzilismy sympatyczne 12 godzin.

Jak dobrze byc mnichem

Luang Prabang to miasto swiatyn. Byla to pierwsza miejscowosc, ktora odwiedzilismy w Laosie. Kiedy tam w koncu dojechalismy, wlasnie budzila sie do zycia. Pierwsze, co tu zobaczylismy to ciekawy zwyczaj jej mieszkancow. O wschodzie slonca mnisi przechodza ulicami miasta i przyjmuja pozywienie od wiernych.

Mnisi w Luang Prabang
Luang Prabang. Nowicjusze z miejscowej swiatyni zbieraja jedzenie od wiernych

Wszystko jest swietnie zorganizowane. Mnisi wychodzac grupami gesiego ze swoich swiatyn maja swoje ustalone trasy, ktorymi potem ida, a wierni ustawiaja sie wzdluz drog i na nich cierpliwie czekaja. Wsypuja troche ryzu, cos slodkiego i owoce do takich specjalnych dzbanow, ktore niosa mnisi i w ten sposob dziala ta dobrowolna akcja dokarmiania:)

Wat Ho Prabang
Wat Ho Prabang – jedna ze swiatyn w Luang Prabang

Laotanskie wygniatanie:)

W Luang Prabang sprobowalismy tez po raz pierwszy (i ostatni niestety) laotanskiego masazu. Scislej mowiac, ja obawiajac sie podobienstwa laotanskiego masssaaaaa do tego tajskiego, ktory do najbardziej odprezajacych nie nalezy, wybralam bezpieczny masaz nog, ktory byl najlepszym w moim zyciu:) Wojtek zdecydowal sie na laotanski. Wyobrazcie sobie wiec moja mine, kiedy po wejsciu do salonu mnie posadzili na parterze i unieruchomili nogi, a do Wojtka doskoczyly 3 ponetne Laotanki i zabraly go na pieterko… Super. Niech wspomne jeszcze tylko, ze siedzac tak sobie na dole w kompletnej ciszy, bo moja masazystka po angielsku potrafila tylko powiedziec „masssaaaaaaa”, slyszalam rytmiczne odglosy z gory. Wtedy pomyslalam, ze chyba go tam katuja, bo to byly uderzenia jak mlotem o sciane:P I w zasadzie z relacji Wojtka wynika, ze tak sie wtedy czul, tylko sciane zastepowaly jego plecy:) Podobno fajne…

Welcome to Vang Vieng!

Tymi slowami przywital nas kierowca tuk-tuka wiozacego nas z dworca autobusowego do centrum miasta. Vang Vieng to stolica laotanskiego szalenstwa. Dziala tu tzw. tubing. O co chodzi? Zasada jest prosta. Jedziesz ok 20km za miasto, nad rzeke. Tam wesoly Laotanczyk daje ci stara napompowana detke od traktora, wsadza cie do rzeki i… plyniesz. Od baru do baru, ktore sa zlokalizowane po obu stronach rzeki i popijasz sobie beerlao albo drinki w wiaderkach. To byl jeden z glownych puntow naszego laotanskiego planu.

Tubing w Vang Vieng
Karola przedostaje sie do jaskini. Moze na to nie wyglada, ale nurt byl na prawde silny i trzeba bylo sie niezle trzymac liny. A 10 metrow dalej byl wodospad…

No wlasnie, jak to z naszym szczesciem bywa – na kilka dni przed naszym dotarciem do miasta bary nad rzeka pozamykali, bo tubing okazal sie dla  niektorych troche zbyt szalony. Bialasy plus alkohol (i nierzadko inne uzywki) plus woda to nie jest najlepsze polaczenie. Skutek byl taki, ze kilku sie utopilo i rzad zakazal tubingowania. Dlatego tez zmodyfikowalismy lekko nasz plan i udalismy sie calodzienna wycieczke za miasto gdzie pod okiem instruktora przeplynelismy kajakiem 17 kilometrow, a tubingu sprobowalismy w ciemnej jaskini. To byl czad! Kajakowanie tez bylo swietne, bo odbywalo sie w niesamowitej scenerii. Piekne gory, kakaowa i momentami rwaca rzeka, wygodne kajaki. Super. Jak to z nami bywa, oczywiscie na srodku rzeki zaliczylismy wywrotke i dzieki temu w naszym programie dnia pojawil sie dodatkowy punkt – plywanie w rzece:)

Wizyta w stolycy

W Vientiane spedzilismy w sumie tylko dwa dni. Udalo sie nam jednak odwiedzic kilka najwazniejszych atrakcji. Szczegolnie chwycilo nas za serce COPE – muzeum ofiar bombardowan. Prawde mowiac, mnie prawie doprowadzilo do lez. W czasie wojny w Wietnamie na Laos zrzucono miliony bomb kasetowych, ktore mialy za zadanie nie tylko zabijac, ale rozpryskujac sie na tysiace drobnych kawaleczkow, kaleczyc ludzi. Szacuje sie, ze az 30% wszystkich bomb nie wybuchlo i wciaz lezy na terenie Laosu. W ten sposob niewypaly do dzis rania wiele osob, ktore najczesciej potem musza miec amputowane konczyny.

muzeum cope, vientiane
Niektore z protez wykonanych wlasnorecznie przez ofiary niewybuchow

Bomby kasetowe sa szczegolnie niebezpieczne dla dzieci. Te czesto znajuja je gdzies w lesie i mysla, ze to zabawka… Skutek chyba mozecie sobie wyobrazic. Co wiecej, Laotanczycy czesto w celach zarobkowych szukaja odlamkow takich bomb, zeby potem sprzedac je na zlom. Smutne, ale prawdziwe. Centrum COPE w Vientiane jest jedynym osrodkiem w kraju, ktory bezplatnie robi protezy i przekazuje je pacjentom. Zdecydowanie warto odwiedzic to miejsce, zeby przekonac sie o skali tego problemu. Laos byl bombardowany codziennie, przez 10 lat.

Mniej przygnebiajaca byla wizyta w Parku Buddow nieopodal stolicy Laosu. Znajduje sie tam kilkadziesiat betonowych posagow przedstawiajacych rozne wcielenia Buddy, bogow hinduizmu oraz inne dziwne stwory. Najwieksze wrazenie robi oczywiscie ponad 100 metrowej dlugosci posag lezacego Buddy.

Park Buddow, Vientiane
Lezacy czy tez odpoczywajacy Budda w parku jego imienia

Poniewaz Laos to byla francuska kolonia, przechadzajac sie ulicami Vietiane mozna dostrzec charakrerystyczne budynki w stylu kolonialnym. W trakcie panowania zabojadow przeprojektowali tez caly uklad miasta, tworzac z niego maly Paryz. Jest nawet cos na ksztalt  Avenue des Champs-Élysées i Luku Triumfalnego. Sami Laotanczycy po dzis dzien opychaja sie bagietkami z francuskim paté:)

Luk triumfalny w Vientiane
Arc de Triomphe w egzotycznym wydaniu

W droge… znowu

Laos naprawde nas zadziwil. I nie mowie tu tylko o tych domach z bambusa czy braku drog. Okazal sie dosyc drogi w porownaniu na przyklad z Tajlandia. Szczegolnie przejazdy miedzy miejscowosciami zdecydowanie nadwyrezyly nasz budzet. Na moment jednak wrocilismy na dobra strone drogi i nie bylismy narazeni na wieksze urazy przechodzac przez ulice, bo panuje tam ruch prawostronny. Zdziwilo nas tez, ze chcac dostac sie do Hanoi z Luang Prabang o wiele szybciej jest wybrac droge przez pol Wietnamu, niz 200km przez polnocny Laos.

Autobus z Laosu do Hanoi
Granica laotansko-wietnamska, mniej wiecej w polowie drogi z Vientiane do Hanoi. Mina Wojtka chyba mowi wszystko.

Nasza przygoda z Laosem zakonczyla sie podobnymi „transportowymi” przejsciami, jak sie zaczela. Tym razem w autobusie typu sleeper, Wojtek musial jechac przez pol nocy przyklejony do wielkiego, grubego Laotanczyka, a obiecane 24 godziny w autobusie troche sie wydluzyly i w Hanoi wyladowalismy wlasciwie dopiero po 30;) Tym razem jednak na szczescie nikt nie wymiotowal, albo robil to bardzo cicho:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz