Herbaciane wzgórza Cameron Highlands

Zamknijcie oczy… odprężcie się, odetchnijcie głęboko i wyobraźcie sobie, że od 50 (!) dni znajdujecie się w miejscu, gdzie temperatura nawet w nocy nie spada poniżej 30 stopni, wysoka wilgotność powietrza zostawia na Waszej twarzy cienką warstewkę potu, a promienie słońca napinają lekko skórę Waszego ciała. Czujecie delikatny podmuch wiatru, suszący Waszą buzię?  Prawda, że przyjemnie? A teraz… BUM! Budzicie się nagle w szaroburej rzeczywistości, gdzie za chwilę zacznie lać, wieje silny wiatr, a termometry wskazują ledwie 20 stopni. Bolesne zderzenie, prawda? Witamy w Cameron Highlands, miejscu, do którego udają się Malezyjczycy, żeby trochę „ochłonąć” i uciec od upałów:-)

zimno nam w Cameron Highlands
Po przyjeździe do Cameron Highlands… to był szok termiczny!

Welcome to Cameron Highlands

Przyznajcie sami – gdybym zaczęła narzekać na temperaturę i pogodę w Cameron Highlands w czasie, gdy w Polsce było wtedy od jakiegoś miesiąca około 15 stopni, z pewnością byście mnie wyśmiali. Ważne jest to, żebyście zrozumieli, że przez te 1,5 miesiąca podróżowania po Azji przyzwyczailiśmy się już do tropików, więc te zastane 20 stopni w krótkich spodenkach i koszulce na ramiączkach było dla nas sporym szokiem. Trzeba było wygrzebać z dna plecaka pełne buty, długie spodnie, polary i kurtki, a tego wcale nie planowaliśmy.

Cameron Highlands to takie miejsce, położone jakieś 200 km na północ od Kuala Lumpur, do którego ucieka się przed upałem. My, jak to mieliśmy w zwyczaju w Malezji, pojechaliśmy tam z Georgetown autostopem, dzięki czemu dostaliśmy się na miejsce o wiele szybciej, niż autobusem. Wcale nie oznacza to jednak, że nawet autem jedzie się tam w zawrotnym tempie – Cameron Highlands to najwyżej położony punkt na kontynentalnej części Malezji, czyli jakieś 1500-1800 m n.p.m. Ostatnią część trasy jechaliśmy więc jakieś 30km/h, pokonując gęste, górskie serpentyny.  Chociaż wyczytaliśmy wcześniej w przewodniku, że przez cały rok panuje tu lekki chłód, a pora w której tam jechaliśmy (październik) to początek sezonu deszczowego, zdecydowaliśmy (po moim lekkim oporze), że musimy się tam dostać – klamka zapadła.

Herbaciane wzgórza

Oprócz chłodu, deszczu i niezbyt atrakcyjnych architektonicznie miasteczek, jak np. Tanah Rata, gdzie się zatrzymaliśmy, a które są tylko powiedzmy hmmm… efektem ubocznym, to niezwykłe miejsce słynie przede wszystkim z zapierających dech w piersiach widoków. Wzgórza i doliny są porośnięte przez rozległe herbaciane plantacje, a ich soczysta zieleń wręcz powala na kolana. Narzekanie na klimat poszło więc w odstawkę w momencie, kiedy tylko zobaczyliśmy jeden z taaaakich widoków. Swoją drogą to ciekawe, że prawie zawsze, kiedy opierałam się przed przyjazdem do jakiegoś miejsca, ono okazywało się fenomenalne. Z kolei kiedy z uporem maniaka powtarzałam Wojtkowi, że musimy gdzieś pojechać, jak np. odwiedzić rezerwat górskich plemion w Chiang Rai, na ogół potem byliśmy po prostu zawiedzeni… Dobrze, że w końcu dałam się namówić na to Cameron Highlands :)

Przepiękne herbaciane wzgórza
Zapierające dech w piersiach plantacje herbaty

Wzgórza wyglądają po prostu oszałamiająco. Niektóre plantacje widać już z głównej drogi, do innych wiodą wąskie, kilkukilometrowe ścieżki. I chociaż przez większość czasu mlecznobiałe albo szarobure chmury zasłaniały nam te wspaniałe widoki, kilka razy udało nam się zobaczyć je w pełnej okazałości. Wywarły na nas ogromne wrażenie.

Jak powstaje herbata?

Żeby umieć odpowiedzieć na to pytanie, wybraliśmy się na położoną trochę na uboczu plantację BOH, producenta jednej z najpopularniejszych malezyjskich herbat. Chociaż zazwyczaj wstęp do takiego miejsca jest płatny, na tę plantację akurat można wejść za darmo. Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy oczywiście nie pojechali tam autostopem:) Jak już pisaliśmy, Autostop w Malezji działa świetnie, a w Cameron Highlands wręcz fenomenalnie. Kierowcy podwozili nas nawet w jakieś oddalone od głównych tras miejsca, nadrabiając drogę i nie mieli z tym żadnego problemu.

herbaciane wzgórza w Malezji
Sweet focia na jednej z plantacji herbaty

Kiedy dojechaliśmy do plantacji BOH, wyszło właśnie słońce, ukazując w pełnej krasie herbaciane wzgórza. Stanęliśmy na dużym tarasie i obserwowaliśmy zbieraczy herbaty na dole. Nagle nad nami przeleciał samolot, a pilot w środku z uśmiechem na twarzy nam pomachał. Serio! Widziałam na własne oczy.

Malezyjska herbata
Przysięgam, że ten pilot nam pomachał:) Widziałam na własne oczy

Kiedy zeszliśmy na dół pomiędzy krzaczki herbaty, podeszliśmy do pracowników plantacji przypatrzeć się, w jaki sposób zbiera się liście. Wszyscy mają na plecach wielkie, wiklinowe kosze, do których wrzucają zielone listki herbaty, ścięte przy pomocy specjalnych nożyc z pojemnikiem. Następnie wszystko wkładane jest do worków i wywożone do mini fabryki. Tam podlega specjalnej obróbce, a następnie ląduje na sklepowych półkach:) Gdyby nie nachylenie stoków, które porasta herbata, można by do zbierania użyć specjalnej maszyny. Tu, w Cameron Highlands możliwe jest tylko zbieranie ręczne.

Cameron Highlands
Tak właśnie wygląda zbieranie herbaty

Cameron Higlands nie samą herbatą stoi

Wizyta w Cameron Highlands wcale nie musi się ograniczać tylko do zobaczenia plantacji herbaty. Inną atrakcją są tutaj liczne ścieżki trekkingowe, które łączą różne małe wioski i miasteczka w górach, z wieloma punktami widokowymi. My, z racji niesprzyjającej pogody, udaliśmy się tylko na jeden z takich spacerów, ale nasza ścieżka była szczerze mówiąc zdewastowana – nie wiemy jak wyglądają inne. Może akurat mieliśmy pecha? A może gdyby gdzieś w okolicy była dostępna NORMALNA mapa, a nie jakiś kolorowy badziew bez skali, byłoby łatwiej…

Można także razem z którymś z licznych biur podróży udać się na jednodniową wycieczkę do lasu, w którym kwitnie największy kwiat świata – raflezja arnolda. Tego też nie zrobiliśmy, bo w sumie szkoda nam było pieniędzy na takie „atrakcje”. Ale jeśli ktoś chce, nie ma problemu ze znalezieniem transportu.

W każdym razie te plantacje są naprawdę super zorganizowane, przemyślane – świetnie rozegrane marketingowo. To nie tylko miejsca, gdzie rosną warzywa czy owoce. Tu mamy całą tę otoczkę, której brakuje takim miejscom w Polsce. Hej, plantatorzy – bierzcie przykład z Malezyjczyków. Wiedzą jak przyciągnąć klientów.

Truskawkowo!

Odwiedziliśmy za to plantację truskawek;) Ten region aż roi się od pszczelarni, upraw różnego rodzaju warzyw, motylarni, czy miejsc, w których hoduje się kaktusy – warto więc udać się do któregoś z takich przybytków. Wracając do truskawek – nie spodziewaliśmy się tam większego szału, ale zbierały się już deszczowe chmury, a że to zakryte dachem miejsce, postanowiliśmy mimo wszystko się tam udać. Na pierwszy rzut oka była to zwykła plantacja – rzędy grządek z truskawkami (o dziwo nie na ziemi, ale wiszące na specjalnych podpórkach).

plantacja truskawek w Cameron Highlands
truskawkowe pyszności:)

Po chwili jednak przenieśliśmy się do prawdziwego truskawkowego świata. Wszędzie porozwieszane były plakaty z soczystymi truskawkami, gadżety w kształcie tego owocu – breloczki, kapelusze, książki, maskotki. Czego tylko dusza zapragnie. Największe wrażenie na nas zrobiła jednak restauracja, w której można było kupić ze 30 różnych dań/wyrobów z (a jakże) truskawek. Chociaż nie były najtańsze, to ślinka ciekła. Ja zamówiłam sobie pudding, Wojtek szejka, a do tego kupiliśmy urocze ciastko z lodami truskawkowymi w środku. Prawdziwa uczta! Przyznajcie, że wyglądało pięknie:)

Na koniec jednak postanowiliśmy zaszaleć i kupiliśmy sobie jeszcze coś spoza truskawkowego menu – szejka z… no własnie. Kto zgadnie z czego? :)

pyszny shake
Shake z…? Kto zgadnie?

Wydaje się jednak, że oprócz herbaty, wzgórz, miodu, truskawek, warzyw, motyli, kaktusów i wielu, wielu innych atrakcji, z których znany jest ten region… jego mieszkańcy kochają zupełnie co innego. Land Rovery! Są dosłownie wszędzie!

Land Rovery w Cameron Highlands, a to tylko kilka z tych, które widzieliśmy:)
Land Rovery w Cameron Highlands, a to tylko kilka z tych, które widzieliśmy:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz