Georgetown – kulinarna stolica Malezji

Będąc w Malezji mieliśmy wrażenie, że co drugie jej miasto nazywane jest kulinarną stolicą. O Georgetown na wyspie Penang na zachodnim wybrzeżu wiedzieliśmy w zasadzie tylko tyle, że to najlepsze miejsce do tego, żeby się dowiedzieć jaka jest naprawdę kuchnia malezyjska. Nic jednak nie stało na przeszkodzie, żeby tę pogłoskę potwierdzić lub jej zaprzeczyć.  Kiedy więc po pożegnaniu z Tajlandią złapaliśmy stopa z granicy prosto do Georgetown, postanowiliśmy przekonać się o tym na własnej skórze… i brzuchu:)

Na wyspę można dostać się samochodem – przejeżdżając przez 11km most lub dzięki promowi. Ponieważ dwóch gości, z którymi jechaliśmy na stopa (ci od kociąt uciekających z auta) nie jechało do samego Georgetown, tylko do Butterworth na lądzie i nie chcieli pchać się na wyspę, wysadzili nas przy wejściu na prom. Płynie się dosłownie kilka minut a, co ciekawe, płaci za bilet tylko w jedną stronę. Prom z Georgetown na część lądową Malezji jest bezpłatny. Co kraj to obyczaj, ale my nie narzekaliśmy:-)

Georgetown, Malezja
Ulice Georgetown
Georgetown
Georgetown i widok na zatokę w Butterworth

 

Hamburgery rządzą, czyli o tym jak malezyjskie dania poszły w odstawkę

Georgetown trochę nas rozczarowało. Owszem, posiada ładną, kolonialną zabudowę, kilka ciekawych murali i można tu zjeść dobre tradycyjne dania kuchni malezyjskiej. Nie widzieliśmy w nich jednak nic szczególnego. Nasz zachwyt wzbudziło natomiast jedno miejsce, a właściwie buda, stragan, stoisko – jak kto woli:) Przedstawiamy Wam… „Old Trafford Burger”, czyli hamburgery od Hindusa, które podbiły nasze serca i żołądki. Na budzie znalazło się oczywiście miejsce na logo Manchesteru United, a z szyldu patrzał na nas nie kto inny jak sam Ryan Giggs.

Georgetown w Malezji
Old Trafford Burger

Co tam wszystkie egzotyczne dania jak sattaye, ayam goreng, nasi lemak i inne – te hamburgery biły na głowę każde z nich! Zajadaliśmy się (żeby nie powiedzieć zażeraliśmy) trzy dni z rzędu i strasznie żałowaliśmy, że pan rozkłada się ze swoją dopiero budą po 18:00. A może to i dobrze, bo dieta hamburgerowa chyba by nam na dobre nie wyszła. Z ciekawostek powiem tylko, że dzięki panu z „Old Trafforda” pierwszy raz w życiu spróbowałam hamburgera z…królika! Jeśli znajdziecie tą budę, to pod żadnym pozorem nie mówicie, że jesteście Francuzami. Wojtka początkowo wzięli za żabojada i prawie dostał za to w zęby od zezowatego przydupasa właściciela budy „Old Trafford”.

Lonely Planet kłamie. Szczególnie w Georgetown…

Cóż, chyba żadnego przewodnika nie można traktować zupełnie serio. Z tego, co wyczytaliśmy Lonely Planet wręcz zachwycał się tą miejscowością. Opisywał na przykład jedną z ulic, jako miejsce na najlepszą kulinarną wyżerkę. To słynne miejsce, gdzie królowała kuchnia malezyjska znajdowało się jakieś pół godziny piechotą od naszego hostelu. Co ciekawe, nasza noclegownia według Lonely Planet, wydanego dwa miesiące przed naszym przyjazdem do Georgetown, miała być dwa razy tańsza niż okazało się w rzeczywistości… Wojtek jednak zawziął się i postanowił  wieczorem odwiedzić tamtą ulicę. Kiedy doszliśmy na miejsce okazało się, że jedzenie wcale nie było jakieś niesamowite, a do tego te same dania kosztowały tu 2 razy drożej niż w mieście. Nie odstraszyło nas to oczywiście od spróbowania naszego ulubionego dania – słynnych sattay, czyli drobiowych szaszłyczków z pysznym sosem orzechowym. I tak byliśmy już niesamowicie głodni…

Sattay w Georgetown
Pani przygotowuje nasze sattaye:)
kuchnia malezyjska
i gotowe!

 

Lonely Planet mylił się (według nas) także trochę co do samych atrakcji Georgetown. Ok, może miasto jest ładne… ale szczerze mówiąc – strasznie nudne. Jako wielkie WOW przewodnik podawał np. jeden z fortów, który okazał się naprawdę mało ciekawy, a w dodatku wstęp do niego był płatny… co prawda 2 zł, ale jednak :P Nawet Wojtek, któremu zwykle zwiedzanie czegokolwiek zajmuje 2 razy więcej niż normalnym ludziom po 10 minutach odpuścił…

Georgetown
Fortyfikacje w Georgetown radzimy sobie odpuścić:)

Kuchnia malezyjska po indyjsku

A wracając do ciekawostek kulinarnych… Wojtek, znany ze swojej niechęci do Indii, dał się namówić na wizytę w tzw. dzielnicy „little india”, w której można poczuć odrobinę atmosfery tego kraju. Naszą uwagę przykuł szczególnie taki mały kramik-restauracja. W sumie nic specjalnego, w Indiach widzieliśmy mnóstwo takich miejsc (no może trochę bardziej brudnych). Tutaj hinduskie knajpy nie są tak do końca hinduskie, więc zamiast mojej ukochanej samosy spróbowaliśmy nasi lemak. Jest to charakterystycznie zawinięty w liść bananowca ryż z ostrym sosem, maleńkimi rybkami i jajkiem. Co ciekawe, ten przysmak w Malezji podają dosłownie wszędzie, nawet na stacjach benzynowych i wszędzie wygląda dokładnie tak samo;-)

kuchnia malezyjska
Nasi Lemak przed i po otwarciu liścia

Jeśli myślicie, że to wszystko, czego spróbowaliśmy u Hindusa to się mylicie. Nie byłabym sobą, gdybym w takim miejscu nie poprosiła o moją ulubioną masala chai, czyli herbatę z dodatkiem mleka, cukru, przypraw i pieprzu, którą wprost uwielbiam. Ta w Georgetown była jednak wyjątkowa, bo też wyjątkowe było jej przygotowanie. Pan, który ją robił studził ją w naprawdę niespotykany sposób. Nie patrząc w ogóle na to co robi, przelewał herbatę unosząc jedną rękę nad głową, a drugą mając zupełnie przy ciele. Herbata pokonywała więc z jakiś metr w powietrzu pomiędzy jednym kubkiem,  a drugim. Co ciekawe, nie zmarnowała się ani jedna kropla. Pan powtarzał ten trik chyba przez całe swoje życie… a my z niedowierzaniem zamówiliśmy takich herbat chyba 4.

Masala chai
Słynna masala chai w niezwykłej formie

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz