Jak smakuje durian

Jesteśmy w Kuala Lumpur. To mój pierwszy dzień (a właściwie wieczór) w Azji Południowo-Wschodniej. Spacerujemy jedną z głównych ulic Chinatown. Jest parno, duszno, a nasze żołądki domagają się jedzenia. Wszystko dla mnie jest tu nowe, fascynujące. Dosłownie powala mnie arsenał zapachów, dochodzących z ulicznych kramików i restauracyjek. Tu smażone krewetki, tam pieczone na grillu kawałki kurczaka , gdzie indziej kolorowe owoce. Mam ochotę na więcej. Kiedy tak rozkoszuję się chwilą, bo oto właśnie znalazłam się w zupełnie innym świecie, do moich nozdrzy dochodzi JEGO woń. I bynajmniej nie jest to Wojtek :) To smród DURIANA, nazywanego w Azji „królem owoców”.

durian
Durian – król owoców

Durian dla odważnych

Nie sposób dokładnie opisać jak on pachnie… śmierdzi… cuchnie (w zależności od tego, kto wypowiada te słowa). Tajowie i Malezyjczycy go wprost kochają, uwielbiają. Dla europejskich nosów to prawdziwy koszmar, który czuć już z odległości kilkudziesięciu metrów. Jak smakuje durian? Trudno powiedzieć. Szczególnie mi, bo go nigdy na surowo nie spróbowałam. Taaaak, jestem cienkim bolkiem, żaden ze mnie traveler i odkrywca. Poddałam się i chociaż przez 2 miesiące obiecywałam, że w końcu to zrobię, nie zjadłam. No tak, tarantuli w Kambodży też nie ruszyłam… Nie ma dla mnie usprawiedliwienia, chociaż na końcu naszej wyprawy trochę się przemogłam, ale o tym za chwilę.

"Pyszny" owoc od środka
„Pyszny” owoc od środka

Durian to duży owoc, którego waga dochodzi nawet to 4kg. Oprócz charakterystycznego zapachu/smrodu [niepotrzebne skreślić], wyróżnia się także wyglądem. Z zewnątrz przypomina nieco  piłkę do rugby, pokrytą kolcami. Stąd też jego nazwa. Duri po malajsku to po prostu „kolec”. Kiedy zdejmie się grubą skórę, w środku zobaczymy wielkie kawały jasnożółtego owocu, coś na kształt gigantycznych ząbków czosnku. Tak przynajmniej nam się wydaje.

W Malezji widzieliśmy nawet specjalne „restauracje” z durianem, gdzie za daną kwotę można zjeść tyle duriana, ile się tylko chce i da radę. Podobno biją rekordy popularności.

Durian bar - jedz, ile się da!
Durian bar – jedz, ile się da!

Jak smakuje durian, król owoców?

To, jak smakuje durian najlepiej obrazują słowa Wojtka, który zapewniał mnie, że „w smaku jest tak samo ohydny, jak w zapachu” i porównuje go do zgniłej cebuli (chociaż podobno to tylko siła wyobraźni, bo nigdy takiej cebuli nie próbował). Jedno jest pewne i nikt mnie do tego nie musi przekonywać – durian smakuje paskudnie. Kiedy byliśmy w Melace razem z Faisalem i Fauzyah, zabrali nas do podobno kultowej, najlepszej kawiarni w mieście. Wchodząc tam już wiedziałam, że coś jest nie tak… Kiedy przekroczyliśmy próg tego miejsca, uderzył w nas odór duriana. Ku naszemu przerażeniu, kawiarnia słynęła własnie z… durianowych lodów. To był koszmar, tragedia i największy dramat tego wyjazdu. Chyba nawet spróbowanie mięsa psa mnie tak nie poraziło…

Faisal strasznie chciał nam zaimponować, więc zamówił dla wszystkich (wcale nie taki tani, a wręcz naprawdę drogi) deser. Po długim oczekiwaniu, bo restauracja dosłownie pękała w szwach od ilości rządnych durianowych lodów Malezyjczyków, dostaliśmy nasze porcje. Były wielkie, śmierdziały tak, że po samym tylko spojrzeniu miałam ochotę się rozpłakać i zbierało mi się na wymioty. W dodatku, w środku oprócz lodów pływały też spore kawałki duriana i specyficzne azjatyckie żelki (podobnych możecie skosztować w modnych ostatnio w Polsce kafejkach Bubble Tea), których także nie cierpię. Wojtek rozbawiony całą tą sytuacją robił głupie miny i udawał, że delektuje się zapachem, podobnie jak nasi znajomi. Z tą różnicą, że oni się  delektowali naprawdę. Czułam, że robię się coraz bardziej czerwona z zakłopotania. Ponieważ byliśmy jedynymi białasami w lokalu, miałam wrażenie, że wszystkie oczy były zwrócone w naszą stronę. Każdy się do nas uśmiechał i wznosił jakby toast łyżkami pełnymi roztopionych lodów, szeroko się przy tym uśmiechając.

Na chwilę przed spróbowaniem lodów...
Na chwilę przed spróbowaniem lodów… Dobra mina do złej gry!

Dam radę, dam radę, dam radę!

Biorę więc kilka głębokich wdechów, omiatam wzrokiem naszych malezyjskich przyjaciół i ich rodzinę, która oczywiście musiała się nagle pojawić i… próbuję. Staram się wstrzymać oddech, żeby nie poczuć smrodu, biorę do buzi jedną łyżkę. Połykam. Drugą łyżkę. Połykam. Szybkie spojrzenie w stronę Wojtka, który najwyraźniej przyjął taką samą technikę i… stop. Po trzecim kęsie nie daję rady. Czuję, że zaraz zwymiotuję. Z ciężkim sercem i drżącym głosem mówię przyjaciołom, że nie mogę, że to ponad moje siły. Że kocham malezyjską kuchnię, ale to dla mnie za dużo, że to właściwie jedyna rzecz, która mi tutaj nie smakuje. Wojtek po chwili też pasuje i ukradkiem szuka gum do żucia… szczerze mówiąc śmierdzi nam z paszczy niemiłosiernie, nawet i po 5 gumach. Nic dziwnego, że w pomieszczeniach publicznych, hotelach i komunikacji miejskiej nie można takiego durianka mieć przy sobie.

Trochę jestem zawstydzona i zażenowana. Chciałam sprawić im przyjemność, pokazać, że widzę, że się starali i docenić to, co mają „najlepsze”. Niby rozumieją, że białasom takie cudo może nie smakować, uśmiechają się, ale widzę w ich oczach rozczarowanie… Trudno, przynajmniej próbowałam. Rozglądam się powoli po sali. Faisal i Fauzyah z całą swoją rodziną pałaszują nieszczęsne lody. Ktoś obok zjada już drugą porcję, a parka po drugiej stronie wcina durianowe ciasteczka… To się nazywa miłość do owocu :)

Edit, grudzień 2013: Kochani, przetestowaliśmy już jak „pachnie” durian w kilku krajach Azji Południowo-Wschodniej i jesteśmy w szoku – durian w Indonezji w ogóle nie śmierdzi. Nawet powiedziałabym, że tylko lekko zalatuje. Tego z Kuala Lumpur nie pobije jednak nic. Odór jest niesamowicie wstrętny i silny, a od zeszłego roku nie zmienił się ani trochę. Także kto próbował duriana tylko w Indonezji niech pamięta, że to tylko jedna milionowa z tego, do czego jest „zdolny” jego malezyjski odpowiednik;)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz