Malezja z chinskiej perspektywy

Chodzenie po miescie i probowanie przepysznych dan jest calkiem ciekawe, ale na dluza mete duze miasta mecza. Nas  najbardziej ciekawia przeciez ludzie. To wlasnie dlatego postanowilismy po raz kolejny skorzystac z couchsurfingu. Jak sie okazuje, w Malezji dziala swietnie. Od naszego hosta dowiedzielismy sie mnostwa ciekawych rzeczy. Czy wiedzieliscie, ze Malezja posiada 14 krolow, a co 4 lata jeden z nich wybierany jest na glownego krola Malezji? Albo, ze zabierana z wyplaty 1/4 kasy, po przejsciu na emeryture zostaje oddana do twojej calkowitej dyspozycji? Malezja to w ogole ciekawy kraj, w ktorym  pollitrowe piwo (w sklepie!) kosztuje prawie 20zl, a trumna niemal 30 tysiecy… Chyba nie przestaniemy sie tu zadziwiac.

Couchsurfing made in Malaysia

Przenieslismy sie do oddalonego o kilkanascie kilometrow od stolicy, Klang. Z czego slynie ta miejscowosc? Z (podobno) najlepszego jedzenia w tym regionie. Nasz host jest Chinczykiem i mieszka razem z rodzina w malym domku w starej dzielnicy miasta. Co tu duzo mowic – to byl strzal w dziesiatke. Buddyjska rodzinka jest swietna. Zabieraja nas na prawdziwe uczty i pokazuja miasto. Mielismy juz okazje sprobowac najlepszych dan indyjskich i chinskich.

Obiad z nasza chinska rodzinka

Jednego dnia wieczorem na przyklad pojechalismy cala rodzina (rodzice, 4 dzieci i my) do takiego przydroznego baru, gdzie mielismy wspolnie zjesc ich najlepszy specjal. Przyzwyczajeni juz do fenomenalnego jedzenia, wrecz nie moglismy sie doczekac. Usiedlismy przy wielkim okraglym stole, na ktory ku naszemu przerazeniu wjechaly… wszystkie ugotowane czesci swiniaka i kurczaka, ktorych w Polsce chyba sie nie rusza… Kurze lapki, kosci obrosniete tluszczem… Ja widzialam tez serce, ale balam sie temu przygladac z bliska, wiec nie moge potwierdzic na 100%. Wszystko w specyficznym sosie, podane z ryzem. Do tego przepyszna (to mowie akurat bez ironii) herbata. Na szczescie kolo mnie polozono akurat miseczke z normalnymi kawalkami wieprzowiny, wiec ochoczo zabralam sie do jedzenia. Wojtkowi przypadly kurze lapki:) Hahaha. Taka tradycyjna  chinsko-malezyjska kolacja zlozona  jest z kilka miseczek, a w kazdej co innego. Wszyscy biora sobie dany kawalek miesa na swoj talerz i tak jedza. Kosci wypluwa sie na srodek stolu i ogolnie chyba nie przejmuje etykieta. Super zabawa.

Smakowity koniec Ramadanu

Zostajac przy kulinariach – 19.08 przypadał ostatni dzien Ramadanu, a zarazem pierwszy dzien muzulmanskiego Nowego Roku. Z tej okazji niedaleko miejscowosci, w ktorej sie znajdujemy wladze postanowily zorganizowac festyn. Dla nas oznaczalo to jedno – darmowa wyzerka:) Pod glowna siedziba wladz stanu Surangot ustawiono niekonczonce sie stoly i wylozono na nie doslownie tony przepysznego jedzenia. Oczywiscie zjawily sie prawdziwe masy ludzi, a kolejki do kazdego dania byly wrecz horrendalne. Ustawilismy sie wiec karnie w kolejce, ale jednak bycie bialasem ma tez swoje dobre strony. Od razu przylecial jakis fotoreporter i zeby zrobic nam zdjecie rozgonil caly tlum, a nam kazal nakladac sobie jedzenie. Traf chcial, ze byly to akurat przepyszne szaszlyczki z miesem i slodkim sosem z orzechami. Zyc nie umierac. A akurat do tego dania kolejka byla chyba kilometrowa.

Noworoczny obiad u malezyjskich muzulmanow

Taka platanina ludzi to jednak nie dla nas. Szczegolnie,  ze ja czulam sie bardzo niekomfortowo. Mialam na sobie krotkie spodenki i top na ramiaczkach i chociaz przed wyjsciem pytalam naszego hosta, czy musze sie bardziej zakryc, a on zaprzeczyl… czulam sie, ze wsrod zawinietych muzulmanek wyrozniam sie jeszcze bardziej. I nie chodzilo bynajmniej o bialy kolor skory. Nasza szalona rodzinka zabrala nas wiec do swoich znajomych i tam probowalismy roznych dan i przekasek, zyczac sobie wszystko dobrego w Nowym Roku:)

Ostatnia kolacja z rodzina Leow przebila jednak wszystko. Wybralismy sie wszyscy razem do najsmaczniejszej restauracji w miescie, mieszczacej sie na tylach buddyjskiej swiatyni. Od samego „wejscia” (bo cala knajpa byla na swiezym powietrzu) od razu wiedzielismy, ze to bedzie cos swietnego. Kompletnie nie bylo miejsca… a restauracje obok swiecily pustkami:) Oprocz tego, ze byla cala zasyfiona, bo Chinczycy rzucaja wszelkie resztki jedzenia pod siebie, byla calkiem przyjemna. Ogromne okragle stoly to swietne rozwiazanie – mozna pogadac z kazdym, kto z nami siedzi nawet, jesli jest to 10 osob. W kazdym razie na naszym stole zagoscily przepyszne owoce morza i nie tylko. Kraby, ogromne krewetki i jakies inne morskie robactwa. Dobrze, ze czesc byla w panierce, bo kiedy potem nasz host pokazal nam ich zdjecia, kiedy sa jeszcze nieswiadomymi swojego przeznaczenia zyjatkami, myslalam, ze padne. W zyciu bym tego do ust nie wziela. Niemniej jednak w panierce byly wysmienite! To byla prawdziwa wyzerka roku:)

Czas poznac swoja przyszlosc – wersja indyjska

Co przepowiedziala mi papuga?

Mielismy  takze okazje przejsc sie po miescie, zobaczyc kilka swiatyn itd. Najciekawsza okazala sie (a jakze…) dzielnica indyjska. Glosno, tloczno i dosc zabawnie. Przy ulicy siedzialo bowiem kilku Hindusow z malymi papugami w klatkach. Niektore ptaki siedzialy natomiast przy swoim wlascicielu na zewnatrz, a czemu nie postanowily odleciec, trudno powiedziec. To chyba sila magii. Doslownie. Ci Hindusi to przepowiadacze przyszlosci. Ale ale, to nie zwykle wymyslanki. Interpretacja czyjejs przyszlosci to prawdziwy rytual, a papuga gra w tym najwazniejsza role. O co chodzi? Juz tlumacze (moge wytlumaczyc, bo oczywiscie postanowilam skorzystac z ich uslug, a jakze). Otoz, siedzi sobie Hindus na ziemi, obok niego zielona papuga. Przed nimi leza karty. Przed wrozeniem pytaja delikwenta (w tym przypadku mnie) o imie oraz wiek. Wtedy do akcji wkracza papuga. Zgrabnie przebierajac dziobem, wybiera dana karte. W moim przypadku papuga chyba troche sfiksowala, bo tak przekladala karty, ze w koncu chyba nic by nie wybrala… ale Hindus troche sila wyszarpnal jej z dzioba karte, przy ktorej sie chwile zawahala. Po wylosowaniu Hindus otwiera karte, na ktorej znajduje sie wizerunek danego hinduskiego bostwa. Ja potrafie rozpoznac okolo 5 bogow. Traf (a raczej zielona papuga) chcial by padlo na Hanumana – boga z twarza malpy, ktory jest chyba moim ulubionym. Jedno spojrzenie indyjskiego przepowiadacza przyszlosci i juz wiem, ze nie mam sie czego bac. Hanuman przynosi szczescie i jest dobrym znakiem. Czytajac z jakiejs magicznej ksiegi moj wrozbita przepowiedzial mi wielkie szczescie w zyciu, brak wiekszych problemow i zdrowie. Podobno bede bogata i bede miala wielu przyjaciol. Co ciekawe, wedlug niego za miesiac stanie sie cos waznego w moim zyciu. Czekajcie wiec na kolejna relacje.

… i wersja chinska

Oczywiscie, jak przystalo na prawdziwa Chinke, pani Leow (mama naszego hosta) powiedziala, ze hinduskie wrozenie to same bzdury, a papugi nic nie wiedza. Najwazniejsza jest numerologia. Postanowila wiec sama nam powrozyc z naszych imion i dat urodzenia. Ona rowniez posiada wielka ksiege liczb i tajemnic, a wykresy robila pol dnia. Szczescie jest mi jednak pisane! Ponownie wyszlo, ze bede szczesliwa, bogata i zdrowa, a Wojtek dowiedzial sie, ze jest swietnym liderem, ma zdolnosci przywodcze i wrozy mu sie duza kasa. My to bedziemy miec w zyciu szczescie:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz