Małpy i inne wypadki

Jesli kiedykolwiek wyobrazalam sobie Malezje, to chyba nie tak. Po jej stolicy, Kuala Lumpur, spodziewalam sie raczej nudnej i sterylnej czystosci, a nie tego, co zobaczylismy zaraz po wyjsciu z lotniskowego autobusu. W to juz nagminnie uzywane okreslenie „miasto kontrastow”, Kuala Lumpur wpisuje sie idealnie. Z jednej strony niesamowite wysokie drapacze chmur, w tym slawne Petronas Towers, z drugiej natomiast kulturowy misz-masz. Tak naprawde chyba nikt tutaj nie nazywa sie Malezyjczykiem. Obok siebe zyja Chinczycy, Hindusi i Malajowie. Kazdy posluguje sie swoim jezykiem, ma swoje dzielnice i swoja wiare. W kazdej z dzielnic dominuje inna kultura, architektura i wreszcie… przepyszne jedzenie – to ich z pewnoscia laczy.

Oby… do celu

W autobusie do Batu Caves

My, jako cel wybralismy chinska dzielnice i wlasnie tutaj skierowalismy nasze pierwsze kroki. Doslownie. Na mapie glowna stacje kolejowa od China town dzieli nieco ponad kilometr. Postanowilismy wiec zaoszczedzic troche zaoszczedzic troche kasy i pojsc tam na piechote. Troche czasu zajelo nam samo wydostanie sie dworca, ale takiej plataniny ulic i wielopoziomowych skrzyzowan sie nie spodziewalismy. Ciezko bylo  nawet zlokalizowac swoje polozenie na mapie, a co dopiero ruszyc w strone hostelu. Z pomoca przyszedl nam jednak… niewidomy:) Jesli teraz probujecie sobie wyobrazic dwojke spoconych i zmeczonych Polakow z plecakami na plecach, przewodnikiem w reku, sluchajacych wskazowek drogowych niewidomego to tak wszystko wlasnie wygladalo;) Nie wiem, czy mi uwiezycie, ale z jego pomoca dobrnelismy do celu. Co prawda nie na piechote, a metrem… ale zawsze.

A czas leci…

Jestesmy w Malezji 5 dni, a wydaje mi sie jakbysmy byli juz bardzo dlugo. Tyle sie dzieje dookola, ze sami juz tracimy rachube czasu. Zdazylismy juz przyzwyczaic sie do biegajacych dookola szczurow i karalchow, choc nie powiem… kiedy wielki, czarny karaluch przyczepil mi sie do stopy myslalam, ze zwariuje. Orientujemy sie juz tez w miescie i poznalismy kilka pysznych malezyjskich specjalow.

Batu Caves i ich „mieszkancy”

Kilka dni temu udalismy sie do jaskin Batu na polnocy Kuala Lumpur, gdzie oprocz samych jaskin (jakich w swoim zyciu widzielismy juz kilka) mozna podziwiac tez najwiekszy posag jednego z hinduskich bogow. Do jaskin prowadzi okolo 300 schodkow, a w jej srodku glowna atrakcja sa zainteresowane glownie turystami malpy. Nauczeni swoim indyjskim doswiadczeniem staralismy sie ich uniknac. Do pewnego momentu. Kiedy zobaczylam, ze inni turysci podchodza do nich bardzo blisko i w zasadzie nic im sie nie dzieje, postanowilam byc fajniejsza:) Pomyslalam, ze je nakarmie. Blad, wielki blad. Kiedy tylko  uslyszaly szelest wyciaganej z plecaka paczki, od razu otoczylo nas cale stado. Wtedy krol wioski (nie, nie Wojtek) szybko do mnie podbiegl i doslownie wyrwal mi paluszki z reki. Wredne malpisko ucieklo kawalek dalej i elegancko otworzylo sobie paczke, biorac potem po jednym, bez mrugniecia okiem, prosto do buzi. Nie chciala tez nikogo poczestowac:) No coz… my i malpy chyba ze soba nie wspolgramy i pewnie tak juz zostanie.

Oby wyzej?

Poniewaz bylismy w Kuala Lumpur prawie trzy dni, troche udalo nam sie zwiedzic. Pochodzilismy po ciekawym parku ze slicznym oczkiem wodnym i zolwiami, przebrnelismy przez indyska dzielnice, w ktorej dorwalam swoja ukochana indyjska przekaske – samose i bylismy swiadkami (chyba) napadu na bank, odwiedzilismy muzeum narodowe itd. Pojechalismy tez zobaczyc swego czasu najwyzszy budynek swiata – Petronas Towers. Dwie blizniacze wieze, polaczone w polowie wysokosci mostem, robia ogromne wrazenie. Szczegolnie w nocy, kiedy sa pieknie oswietlone. Wiecej moglby o nich powiedziec z pewnoscia Wojtek, bo musielismy pod nimi wystac chyba z godzine, zanim powiedzial, ze „mozemy juz isc”. W sumie troche go do tego zmusilam… :-)

Petronas Towers
Petronas Towers

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz