O ludzkiej życzliwości gdzieś na drugim końcu świata

To naprawdę piękne, że czasami spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy dają od siebie tak wiele, nie chcąc w zamian zupełnie nic. Ludzi serdecznych, bezinteresownych. Nigdy w życiu nie spodziewałam się, że  na drugim końcu świata poznam kogoś, kto po jednym dniu znajomości, dosłownie kilku godzinach jazdy samochodem będzie mnie traktował jak najlepszego przyjaciela… Kogoś, kto przez dwa miesiące będzie na mnie czekał, a przez ten czas niemal codziennie pytał smsowo, czy wszystko u mnie ok, czy nie potrzeba mi pomocy i ot tak… zwyczajnie pozdrawiał, życząc miłego dnia.

przyjaciele z malezji
Nasi malezyjscy przyjaciele i my

Takimi ludźmi dla nas okazali się Faisal i Fauzyah. To oni zabrali nas jako pierwsi na stopa w Malezji, oni uratowali nas kiedy omal nie przegapiliśmy naszego samolotu do Tajlandii i to oni odwieźli nas na lotnisko, kiedy wracaliśmy z Azji do Polski. Spotykając się z nimi ponownie w Kuala Lumpur, nasza podróż zatoczyła koło. Mimo trudnego dla nich czasu (kilka dni wcześniej zmarła mama Fauzyah), spotkali się z nami, zaprosili na noc do swojego domu i w ramach niespodzianki zabrali na wycieczkę do dawnej stolicy Malezji, Melaki.

Pod szczęśliwą gwiazdą

Faisal i Fauzyah to sympatyczne, dość młode, małżeństwo z 8 (!) dzieci, które zajmuje się prowadzeniem wykładów, na których motywują ludzi do działania i odnoszenia sukcesów (nie tylko zawodowych), w zgodzie z przykazaniami Koranu…  a przynajmniej tak to zrozumieliśmy:) Jeśli zaciekawiła Was wspomniana liczba potomków, powiem tylko, że spotykając naszych przyjaciół ponownie w Kuala Lumpur powiedzieli nam, że Fauzyah jest w drugim miesiącu ciąży, a ich radość potęguje dodatkowo fakt, że przecież dokładnie tyle czasu się znamy, więc to my przynieśliśmy im szczęście :) Pewnie dlatego nasze wspólne zdjęcie leży w centralnym punkcie ich mieszkania :)

Z opowieści Faisala wynika, że wszystko, czego tylko dotknie, zamienia się w jeden wielki sukces i zdecydowanie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Chociaż czasem trudno nam było uwierzyć w jego niektóre historie, on i jego żona wierzyli w nie na całego. O ile na przykład mogliśmy sobie wyobrazić, że Land Rovera, którym z nimi jeździliśmy Faisal dostał od prezydenta Malezji jako „łapówkę” za jego dobre kontakty z rodziną królewską Arabii Saudyjskiej, a starego Mercedesa po prostu zabrał od kolegi, który nie chciał mu oddać pożyczonych pieniędzy, o tyle opowieści o męskiej syrenie spotkanej w wodach Zatoki Tajlandzkiej wzbudziły w nas pewne wątpliwości:)

Ja stawiam!

Z męską syreną czy bez – Faisal i Fauzyah są świetni. Chciałabym, żeby ktoś kiedykolwiek wspominał spotkanie ze mną tak, jak my wspominamy ich. Chociaż szczerze mówiąc ich serdeczność i gościnność w pewnym momencie zaczęła nas wprawiać w niemałe zakłopotanie.  Z jednej strony zamawianie dla nas pysznych narodowych dań, zabranie nas na stopa czy wzięcie na dwudniową wycieczkę do innego miasta to z ich strony piękne gesty. Z drugiej jednak, ich zaangażowanie zaczęło nas trochę przytłaczać. Największym problemem dla nas był fakt, że za wszelką cenę zawsze chcieli za nas płacić i nie mówię tylko o obiadach w restauracji. W pewnym momencie musieliśmy na przykład unikać zwracania uwagi na jakąkolwiek pamiątkę w sklepie, która nam się podobała, bo Faisal od razu nam ją kupował… Ok, do biednych nie należeli, ale takie coś po prostu męczy. Może to jednak po prostu właśnie ta malezyjska gościnność i nic się  na to nie da poradzić?

Nic to jednak nie zmienia. Z Faisalem i Fauzyah mamy kontakt do dziś. Oni nie mogą się nadziwić, że w Polsce cały czas pada śnieg, a my, że oni go nigdy nie widzieli :) I chociaż dzieli nas naprawdę przepaść, to jednak traktujemy się nawzajem jak przyjaciele i to jest chyba najważniejsze. Na koniec tylko nasuwa mi się jedno pytanie… co z tą polską gościnnością?

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz