Dotarlismy, witaj Malezjo!

Zegar po prawej stronie wstazuje zero, co oznacza, ze skonczylismy odliczanie! Jestesmy w Kuala Lumpur:) Dotarlismy, wszystko w porzadku, zyjemy i mamy sie swietnie… no, moze poza zebem Wojtka, ktory postanowil sie uaktywnic wlasnie dzisiaj…

Tanie podrozowanie – wersja Karoli i Wojtka:)

Nasza tania, backpackersa podroz zaczelismy od jazdy… pociagiem pierwsza klasa;-) Chcielismy od poczatku zaoszczedzic 3zl na rezerwacji miejsc, wiec jak tylko weszlismy do pociagu do Stolycy okazalo sie, ze raczej na siedzenie nie ma szans. Jednym slowem – prawdziwe tlumy. Zasiedlismy wiec jak prawdziwe burzuje w 1 klasie i doplacilismy do biletu… 7zl ;) A potem (wlaczajac autobus) 6 godzin podrozy i znalezlismy sie w Modlinie. Najnowsze polskie lotnisko wcale nas nie oczarowalo, niemniej jednak obsluga lotniska okazala sie najlepsza na swiecie – bez jakiegokolwiek problemu w naszym bagazu podrecznym (bo wzielismy do Azji tylko male plecaki) „przemycilismy” na poklad pesete, nozyczki i… gaz! Hahaha

Lot Ryanairem do Budapesztu byl calkiem spoko z lekkimi tylko turbulencjami, a sam przelot zajal nam 4 razy krocej, niz podroz Poznan – Modlin;) No i witamy w Egeszegere Budapeszcie. Tutaj postanowilismy skorzystac z couchsurfingu. Strzal w dziesiatke. Szybki transfer do miasta i juz znajdujemy sie w slicznym mieszkaniu naszych hostow – Bogi i Andrasa. Chociaz od wysiadki z samolotu Wojtek gada tylko o gulaszu, na obiad jemy spaghetti, calkiem dobre musze przyznac. I tak przy wspolnym gotowaniu z naszymi gospodarzami zaczely sie rozmowy o prodrozach. Mielismy przed soba starego wyjadacza – Andras byl w ponad 50 krajach swiata (w niektorych po kilka razy), ma wiec o czym opowiadac. Wieczorem udalismy sie we dwoje na maly spacer do centrum. Bylismy jednak tak zmeczeni podroza, ze kilometrowy spacer (bo Andras i Bogi mieszkaja w samym centrum) bierzemy na kilka razy, co chwile siadajac na laweczce. Niektore postoje umilalismy sobie Radlerami. Wegry to chyba stolica smakowych piw… Serio, do wyboru do koloru. Wojtek zaserwowal sobie piwko o smaku czerwonych pomaranczy, a ja jezynowe… mniaaaam. Nastepnego dnia jednak nie mamy juz za duzo czasu i po sniadanku i krotkim spacerze jedziemy na lotnisko. Czas na dluuuuuugi lot.

Karola i Wojtek w Budapeszcie
Na samym początku wyprawy…

Do celu!

Wbrew obawom mojego wspoltowarzysza podrozy, wszystko sie udalo:-) Przelot liniami Egyptair do Kairu odbyl sie bez wiekszych problemow, a ladowanie na kairskim lotnisku przynioslo nam wiele hmm… radosci. Egipt z gory wyglada jak jedna wielka piaskownica, a wszystkie domy jak babki z piasku. Cale miasto jest brazowe, zero trawy. Prawdziwy szal.

Przelot do Kuala Lumpur z Kairu pomimo calkiem dobrego samolotu i jedzenia ( a takze prezentu od linii lotniczych w postaci szczoteczki do zebow, pasty i skarpetek) byl prawdziwa mordega. W pewnym momencie zabraklo nam juz pomyslow na pozy, w ktorych moglibysmy sie ulozyc i wygodnie siedziec albo zasnac. 9 godzin do Bangkoku, tam maly spacer po lotnisku i kolejne 1,5 godziny do Kuala to zdecydowanie za duzo. Do tego trzeba dodac, ze roznica czasu pomiedzy Polska a Malezja wynosi 6 godzin, co oznacza, ze ledwo na pokladzie zjedlismy sniadanie, a w Kuala Lumpur zapadal wlasnie wieczor:)

jedzenie w Egypt Air
Nawet jedzenie było całkiem całkiem:)

Chyba juz nie lece

Po wyjsciu z samolotu znalezlismy sie jednak w zupelnie innym swiecie! Ogromne lotnisko w Kuala zrobilo na nas duze wrazenie – szczegolnie pociag na srodku terminalu, z ktorego trzeba bylo skorzystac aby dostac sie do miejsca odbioru bagazu. To byl czad:-) Tym razem wszystkie nasze bagaze dolecialy z nami, nic juz wiec nie stalo na przeszkodzie, zeby zakonczyc przygode z lotniskiem i udac sie do miasta. Wychodzac na zewnatrz chyba pierwszy raz pomyslelismy sobie, ze wreszcie jestesmy i dopiero wtedy dotarlo do nas, ze znalezlismy sie na drugim koncu swiata. W dodatku „powiew” goracego, parnego powietrza szybko przypomnial nam o azjatyckim klimacie;) Taaaaaaaaaak, jestesmy w Malezji! Witaj przygodo:D

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz