Bom dia, Portugal!

Miłość od pierwszego wejrzenia – tak właściwie można podsumować nasz wyjazd do Portugalii. Zakochaliśmy się w tej soczystej zieleni, niebieskim niebie bez ani jednej chmurki, kawie za 60 centów, tanich dobrych winach, płytkach azulejos, którymi pokryte są budynki i właściwie moglibyśmy tak dalej wymieniać bez końca. Portugalia jest super. Kto był, niech potwierdza.

Porto, Aveiro, Coimbra

Pierwsze dwa dni były bardzo intensywne. Po nocy przespanej na lotnisku ruszyliśmy zwiedzać Porto. Zaczęło się od wszamania portugalskiego mięsnego jeża, czyli franchesinhi, a potem już oglądaliśmy miasto z góry, z dołu – jak tylko się dało. Przejechaliśmy się kolejką linową, zwiedziliśmy winiarnię-dojrzewalnię porto Offley i zdążyliśmy się nim nieźle ululać w rytmie fado. Potem szybkie, nocne zwiedzanie Aveiro z Olgą i Andreą i najciekawiej przyrządzony dorsz, jakiego mieliśmy kiedykolwiek na talerzu :)

Portugalia
Porto

Następnego dnia kawę i ciastko pasteis de nata jedliśmy już w Coimbrze, słuchając do tego zespołu złożonego ze studentów ubranych w charakterystyczne stroje, a popołudniu odwiedziliśmy Fatimę.

Lizbona i okolice

Lizbona nas oczarowała. Jest jednym z najbardziej klimatycznych miast, w jakich byliśmy. Te urocze, stare, żółte tramwaje, które jeżdżąc trzeszczą jakby się miały zaraz rozpaść i ulice Alfamy nocą – wielkie WOW. Przepiękna panorama miasta, urocze zakątki, sympatyczni ludzie – wszystko na plus. Do tego te ogromne galeony cumujące przed oczyma naszej wyobraźni do Placa de Comersio kiedy popijaliśmy tam espresso – świetne. Tutaj wielkie dzięki dla Izy i Dawida, u których zatrzymaliśmy się na trzy dni – było naprawdę super. W Lizbonie pokibicowaliśmy też naszemu koledze, Martinowi, który w piękny sposób wykręcił swoją życiówkę w półmaratonie i pokonał ponad 30 tysięcy innych biegaczy ;)

Lizbona
Żółte tramwaje w Lizbonie <3

Razem z Martinem i Martą odwiedziliśmy także Sintrę i dostaliśmy się na najdalej wysunięty na zachód punkt kontynentalnej Europy – Cabo da Roca. Baliśmy się trochę, że nas wywieje, ale daliśmy radę :)

Cabo da Roca
Cabo da Roca

Klimatyczne południe

Potem przyszedł czas na południe Portugalii. Po „drobnych” perturbacjach z wypożyczeniem auta (to jest temat na długi, osobny wpis) wreszcie się udało. Z Faro, gdzie gościła nas Marta, udaliśmy się samochodem na zachód – byle dalej. Jechaliśmy tak daleko, że już bardziej na zachód znowu się nie dało i skończyła się droga. Lunch zjedliśmy na klifach Cabo de Vincente, które zrobiły na nas olbrzymie wrażenie! Po raz kolejny otwieraliśmy usta z zachwytu.

Cabo de Vincente
Fenomenalne miejsce na lunch, prawda? :)

Następnie już zwiedzaliśmy charakterystyczne plaże w okolicach Lagos, a Wojtek z Martinem postanowili wykąpać się w wodach Oceanu Atlantyckiego. To było coś! Chłopcy jednak byli nieustraszeni i dali radę :) Co prawda wchodzenie do wody zajęło im dobre 10 minut i było 2 razy dłuższe niż sama kąpiel – byłyśmy z Martą jednak pełne podziwu, a przy tym tarzałyśmy się ze śmiechu.

Goodbye Portugal…

Za pożegnalną kolację postanowił się zabrać Master Chef, Wojtek, który zaserwował nam specjalność Portugalii, dorsza – Bacalhau à Gomes de Sá. Mówię Wam, niebo w gębie. Do tego dobre wino za 1,4 euro (serio! :P) i noc była nasza… dopóki dosłownie nie padłam.

bacalhau
Szef kuchni poleca!
karola
po tak intensywnym tygodniu zasnąć na siedząco – żaden wyczyn ;)

Portugalię będziemy wspominać z ogromnym sentymentem. To był super udany wyjazd pełen nowych smaków, spotkań z przyjaciółmi, długich rozmów na temat piękna Belgradu (nie pytajcie dlaczego), pysznego porto, taniego wina, słońca i (nieudanej) próby rozkminiania języka portugalskiego. Na pewno tu jeszcze wrócimy.

Ze swojej strony muszę powiedzieć, że Portugalia (zaraz po ukochanych Bałkanach) stała się moim ulubionym europejskim krajem i szczerze polecam ją każdemu! A teraz czekajcie na dokładne relacje z odwiedzanych przez nas miejsc – mamy masę zdjęć, a ja zabieram się za montowanie video.

A jakie były Wasze pierwsze wrażenia z Portugalii?

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz