Francesinha, czyli portugalski mięsny jeż

Wojtek opowiadał mi o niej już na dwa tygodnie przed wyjazdem do Portugalii. Że najlepsza jest w Porto, że będę zachwycona, że czegoś takiego jeszcze w życiu nie jadłam i że jeśli jej nie spróbuję, to nie mam po co wracać do Polski. Pomyślałam, że to naprawdę musi być COŚ, bo jeśli chodzi o mięso, to spróbowałam już chyba w życiu wszystkiego i choć rozumiem i podziwiam wegetarian, to jednak ich grona nie powiększę chyba nigdy (próbowałam raz w Indiach przez 3 tygodnie, ale to tylko dlatego, że bałam się, że od tamtejszego mięsa się rozchoruję. Po tym czasie ssanie żołądka było tak duże, że się poddałam, zjadłam i.. nic mi się nie stało). Wszystko to dlatego, że jednym słowem… kocham mięso :)

Na śniadanie… francesinha

No więc kiedy już zawitaliśmy do Porto, nie było zmiłuj – musiałam zamówić tę sławną francesinhę, koniec, kropka. I chociaż Porto to swoista stolica tego dziwnego dania, moje zamówienie o 10:00 rano wprawiło kelnera w niezłe osłupienie (no co… nie mogłam się doczekać!). Cóż, wychodzi na to, że francesinha to „przekąska” bardziej obiadowa niż śniadaniowa.

Niemniej jednak stało się. Po kilkunastu minutach czekania i słuchania, jak kucharz na zapleczu tłucze (mojego) kotleta – moje danie pojawiło się stole, a kelner popatrzył na mnie z politowaniem. No bo kto o zdrowych zmysłach zamawia taką bombę kaloryczną, w dodatku najbardziej mięsne danie świata, wczesnym rankiem? Otóż ja i nic mu do tego :)

Mięsny jeż wylądował na stole :)
Mięsny jeż wylądował na stole :)

Danie wyglądało co najmniej dziwnie. Na głębokim talerzu leżała kanapka zatopiona w brązowym sosie piwnym i chyba kilogramie ciągnącego się żółtego sera. Obok stał talerz z frytkami domowej roboty. Spojrzałam na Wojtka, wzięłam sztućce do ręki i zatopiłam je w moim daniu. Chyba nici z dietetycznego jedzenia w Portugalii. Próbuję. Hmmmm… chyba dobre :)

Francesinha nr 1
Francesinha nr 1 // Omnomnomnommmm :P

Jak smakuje mięsny jeż?

Nie bez powodu ochrzciliśmy francesinhę „mięsnym jeżem”. Pomiędzy dwoma kawałkami chleba (jakby tostowego) w naszej pierwszej tego dnia francesinhi znalazło się mięso w formie kotleta, szynka i boczek. Powinny być też kiełbaski, ale ich nie znalazłam. Wszystko to polane było żółtym serem i sosem piwnym. Smakowało całkiem spoko, ale jakoś nie porwało. Szkopuł tkwił w sosie piwnym – był nie najlepszy. Zjedliśmy to na pół i zgodnie stwierdziliśmy, że jakieś to takie przereklamowane.

No więc postanowiliśmy spróbować jeszcze raz :) W innym miejscu, wieczorem. I wiecie co? To był strzał w dziesiątkę. Francesinha numer 2 była o wiele lepsza. Kosztowała o 30 centów więcej niż ta z rana (czyli 3,8 euro) a dostaliśmy do niej także napój, sałatkę owocową i kawę. Sos piwny, w którym była utaplana był znacznie lepszy, a pomiędzy chlebem był kotlet, szynka i kiełbasa, czyli tak, jak to powinno być. Polecamy więc gorąco to miejsce, na rogu, po lewej stronie od ratusza (jeśli stoimy właśnie twarzą do niego).

Francesinha ne 2
Francesinha ne 2
Wojtek pochłania swoją francesinhę :)
Wojtek pochłania swoją francesinhę :)

Nie powiem, ciekawe to było doświadczenie, ale raz (w naszym przypadku 2) wystarczy. Lubię mięso, ale chyba jednak też bez przesady. Osobiście raczej nie zostanę fanką tego dania, ale polecam spróbować, jeśli już będziecie w Porto. To na pewno coś zupełnie innego, niż dotychczas jedliście. Swoją drogą, jestem ciekawa, czy Portugalczycy czasami przygotowują sobie sami taką francesinhę na obiad albo kolację…

Dodaj komentarz