Tramwajem po Lizbonie

Wystarczyły 3 dni, żebyśmy uznali Lizbonę za jedną z naszych ulubionych europejskich stolic. Chociaż czołówka tej listy u każdego z nas jest trochę inna, oboje szybko doszliśmy do wniosku, że stolica Portugalii zasługuje na miejsce przynajmniej w pierwszej trójce.

I nie, nie zakochaliśmy się w niej od początku. Zauroczeni spacerami po ulicach Porto byliśmy pewni, że trudno będzie to przebić, i chyba trochę przedwcześnie okrzyknęliśmy je portugalskim fenomenem. Skąd mogliśmy wiedzieć, że później serca skradnie nam właśnie Lizbona?

Złe dobrego początki

Wizytę w stolicy zaczęliśmy dosyć niefortunnie od 40 minut spędzonych o 22:00 na jednej ze stacji metra, próbując kupić odpowiedni bilet. Pech chciał, że najpierw nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego wejścia do podziemnej kolejki, potem a to jeden automat nie działał, a to kupiliśmy bilet na pociąg zamiast na metro, by wreszcie w akcie desperacji próbować kupić w kiosku u jakiegoś okropnego typa jakąkolwiek mapę miasta, bo oczywiście wybraliśmy się bez:P (tak, tak… piloci wycieczek… :P) i nie wiedzieliśmy na ile stref potrzebujemy ten cholerny bilet. Całe szczęście, że Iza i Dawid, którzy nas te trzy dni „przechowali” byli cierpliwi i na nas czekali, bo spóźnienie mieliśmy dość spektakularne (kochani, DZIĘKUJEMY!).

W miasto! Zwiedzamy Lizbonę

Następnego dnia rano miasto ukazało nam się w dość specyficznej aurze – mnóstwo barierek, patroli policyjnych i tysiące biegaczy, wśród których znalazł się również nasz kolega, szybkonogi Martin, który wykręcił czas, jakiego nie powstydziłby się żaden czarnoskóry biegacz z Etiopii :) Półmaraton w Lizbonie miał się całkiem dobrze. Zaplanowane na ten dzień zwiedzanie Lizbony, a konkretniej dzielnicy Belem ograniczyło się więc do czekania na mecie na Martina, przejścia do Torre de Belem i pod pomnik odkrywców.

Lizbona półmaraton
Półmaraton w Lizbonie

Dalsza część dnia została zdominowana przez próbowanie różnego rodzaju portugalskich trunków i zajadanie spaghetti. Jeszcze tylko wieczorny spacer po centrum i pierwsza przejażdżka tramwajem – windą. O tak, już wiedzieliśmy, że Lizbona może się nam spodobać.

Alfama

Tak naprawdę miasto zachwyciło nas dopiero kolejnego wieczoru, kiedy wreszcie wsiedliśmy w maleńki, drewniany tramwaj i zaczęliśmy krążyć po Alfamie. To chyba wtedy zakochaliśmy się w Lizbonie. Te urocze, wąziutkie uliczki, trzeszczący tramwaik, który co chwilę musiał się zatrzymywać i przepuszczać jadące z naprzeciwka bimby. Te maleńkie kawiarenki, restauracyjki, bary, ludzie, którzy czasem musieli się dosłownie przykleić do ściany budynku, bo nasz tramwaj mijał ich dosłownie o kilka centymetrów. To był piękny wieczór. Z wypiekami na twarzach wróciliśmy do mieszkania Izy, zarzekając się, że następnego dnia wstaniemy z samego rana, żeby zobaczyć Alfamę w pięknym słońcu i jeździć, jeździć, jeździć, bo jeśli zwiedzanie Lizbony – to tylko tramwajem. Tym razem dotrzymaliśmy słowa ;)

Tramwaje w Lizbonie
W jednym z tramwajów <3

Pogoda jak marzenie, idealna na zwiedzanie. Nie za ciepło, nie za chłodno, słonecznie, a niebo tak błękitne, że aż chce się żyć. Na śniadanie pyszne portugalskie ciasteczka z budyniem, a do tego espresso za 1 euro. Cenowo stolica nas zaskakuje. I to na plus. Łapiemy więc promienie słoneczne, Wojtek planuje trasę i heja w miasto ;) Tego dnia najeździliśmy się tramwajami chyba więcej, niż przez tydzień w Poznaniu. Bo są urocze! Góra, dół, góra, dół. Zajrzeliśmy i na zamek i do katedry i po prostu pokręciliśmy się po tych małych uliczkach.

Zwiedzanie Lizbony

Urzekły nas monumentalne budowle, bramy, port. Oczami wyobraźni widzieliśmy przycumowane do brzegu wielkie galeony. To musiało być coś wspaniałego.

Lizbona zwiedzanie

Szerokie deptaki, fontanny, małe kramiki z pamiątkami, studenci w tradycyjnych strojach śpiewający wesołe piosenki… ajj. Wspaniale!

Wisienką na torcie były za to punkty widokowe. Stojąc na górze dopiero człowiek dostrzega jak pięknie Lizbona jest położona i jak świetnie się prezentuje. Musimy tam wrócić!

Lizbona

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz