Guča! Trąbka mi w duszy gra!

Szaleństwo to mało powiedziane. To, co się dzieje na festiwalu w Gučy to prawdziwa bomba! Nieustające dźwięki trąbek i głośnych śpiewów, zapach grillowanej pljeskavicy (rodzaj mięsa), hektolitry sprzedawanego piwa, setki wirujących serbskich flag, tony wszelkiego rodzaju kiczowatych pamiątek, tysiące opiekanych świniaków i jagniąt. Na początku ciężko to wszystko ogarnąć. Kiedy wpadniesz w szalejący tłum, nie wyjdziesz tak łatwo. Trzeba się poddać:) Jeśli jeszcze nie jesteś „w klimacie”… to spokojnie, z pomocą przyjdzie Ci śliwowica albo kilka żółtych puszek piwa Jelen. Wtedy już nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś zaczął prawdziwą zabawę. Zabawę w iście bałkańskim stylu!

Nawet najmłodsi dają pokaz!
Nawet najmłodsi dają pokaz!

Guča? Już pędzę!

O wyjeździe na festiwal trębaczy w Serbii marzyłam już od dawna. Festiwal w Gučy był jednym z moich najważniejszych podróżniczych celów. Od kiedy usłyszałam na pierwszym roku studiów o malutkim miasteczku, położonym jakieś 160 km na południe od Belgradu, które na jeden tydzień w roku zamienia się w stolicę trąbki i tradycyjnych bałkańskich rytmów – wiedziałam, że muszę tam pojechać. Udało mi się dopiero po 6 latach, a dokładniej w tym miesiącu. Nawet sobie nie wyobrażacie jaka byłam podekscytowana, kiedy ruszyliśmy z Wojtkiem w długą trasę autostopem na południe tylko po to, żeby posiedzieć na miejscu 3 dni, a kolejne 2 znowu wracać. Czego się nie robi dla własnych marzeń:)

Dragačevski sabor trubača w Gučy to festiwal, który odbywał się w tym roku już po raz 53. Aż trudno uwierzyć, że od ponad pół wieku miłośnicy tradycyjnej muzyki serbskiej spotykają się tu, w jednym i tym samym miejscu by wspólnie bawić się przy dźwiękach trąbki.  Oczywiście pierwsze edycje festiwalu wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj, a cała ta impreza traci już swój prawdziwy urok (podobno dlatego, że zaczęli na nią przyjeżdżać mieszkańcy Belgradu, a jak oni się gdzieś pojawiają, to „po ptokach” :P ) – spieszcie się więc miłośnicy bałkańskich rytmów, bo kto wie, jak sprawa będzie wyglądała za rok czy dwa.

Madness made in Serbia!

Tego, co przez tydzień w roku dzieje się na ulicach Gučy nie jest w stanie oddać żadne zdjęcie, filmik czy opowiadanie. Tam po prostu trzeba być;) Zabawie nie ma końca. Impreza trwa od rana do… rana. Kilkuosobowe kapele serbskie albo cygańskie złożone z kilku trębaczy, puzonisty, tuby i bębniarza dają się ponieść emocjom w każdym zakątku miasta – w czasie festiwalu się nie wyśpisz, dźwięk trąbki słyszysz nawet w snach! Ile restauracji, barów czy campingów – tyle kapel, a każda walczy o uznanie widowni. Festiwal to nie tylko koncerty gwiazd na dużej scenie, choć te są naprawdę fajne. To przede wszystkim fiesta na ulicach całego miasta.

Najlepiej jest późnym popołudniem, kiedy niemiłosierny upał wreszcie daje odetchnąć. Wtedy można usłyszeć prawdziwe orkiestrowe perełki. Kiedy w jednej z knajpek gra dobra orkiestra wszyscy się bawią, co do jednego. Tańczy się na krzesłach, na stołach, za barem, na chodniku… gdzie tylko znajdzie się kawałek przestrzeni na nogi. Pije się piwo, tańczy i śpiewa, a do puzonu i trąbki wrzuca się pieniądze, by muzyka przypadkiem nie ucichła.

Gdy zagra DOBRA orkiestra…

Najlepsze orkiestry dając popis na ulicach czy w restauracjach potrafią skłębić wokół siebie prawdziwe tłumy. W swoim repertuarze mają wiele utworów, a główny trębacz, czyli pierwsza trąbka produkuje dźwięki w szybszym tempie niż karabin maszynowy. Ludzie zatrzymują się, słuchają i dają się porwać do wspólnej, szalonej zabawy.

Grajkowie z głodu nie umrą – to jest pewne. Pewien Serb w zaufaniu powiedział mi, że poprzedniej nocy w przypływie emocji (i z pomocą piwa Jelen) podarował  orkiestrze… 400 euro! I nie wątpię, że to prawda. Nie raz widzieliśmy przyczepione do trąbki banknoty o naprawdę dużych nominałach. Jeśli szaleć to na całego… Najwięcej z reguły zarabiają kapele serbskie, ubrane w tradycyjne stroje. Kapele cygańskie muszą być bardziej wytrwałe. Kiczowato ubrani z poobijanymi i starymi instrumentami są traktowani trochę po macoszemu. Nie zrażają się tym jednak ani trochę i po prostu robią swoje z lepszym lub gorszym skutkiem. Czasami uda im się np. wypatrzeć festiwalowych żółtodziobów. Podchodzą wtedy do takich delikwentów i trąbią im nad uchem tak długo i tak głośno, aż dostaną kilka dinarów. Przestraszeni turyści wciskają wtedy w tubę jakaś sumkę i czym prędzej uciekają. Ale przecież nie o to chodzi. Kasy nie daje się od razu. Kapela musi na nią zasłużyć.

A w głowie mi trąbka!

Jedno jest pewne – po kilku dniach w Gučy znasz na pamięć repertuar większości z kapel. Te bowiem – pewnie z braku przygotowania czy możliwości albo lenistwa – grają w kółko 5 melodii – Kalashnikov, Nesanica (tak, tak – ta sama, którą śwpiewał Toše), Ederlezi i dwie, których tytułów nie znam, ale po 4 dniowej zaprawie na Gučy to nawet obudzona o 4 w nocy zanucę jeśli zechcecie.

Folklor na całego:) Super zabawa, wcale niedroga impreza (wszystkie koncerty są darmowe, rozłożyć z namiotem można się byle gdzie, a ceny są niższe niż w Polsce). Szkoda tylko, że festiwal w Gučy jest tak daleko od Poznania.

To be continued.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz