Miasto przyszłości?

Singapur, miasto przyszłości, miasto zakazów, tak będzie wyglądała europa za 30 lat. Ile to ja się nie na oglądałem, nie naczytałem o tym państwie-mieście. Przyznam, że dla mnie był to jeden z najważniejszych punktów tegorocznej wyprawy. Mogłem na własne oczy przekonać się, jak wygląda to super-bogate,laboratoryjnie czyste i ociekające luksusem, futurystyczne miejsce.

Pierwsze wrażenie

Przeszliśmy (z przygodami:) przez granicę, wsiadamy w autobus i jedziemy w kierunku centrum. Po drodze mijamy normalne domy, parę bloków, ludzie i samochody wyglądają tak… normalnie? OK, jest czysto i wszystko sprawia wrazenie bardziej ulozonego, niz w Kuala Lumpur, ale kosmosu nie ma. Tak wyszło, że jechaliśmy akurat w godzinach szczytu, więc było dosyć tłoczno i ucięliśmy sobie drzemkę :)

Dojechaliśmy do centrum w pobliżu dzielnicy Little India i znaleźliśmy pokój w prowadzonym przez Australijczyków hostelu. Jest to jedna z tańszych dzielnic, więc sporo tanich noclegowni jest zajętych, my zapłaciliśmy 60 dolarów singapurskich z klimą i śniadaniem, więc nie tak strasznie jak na tutejsze ceny.

Orchidee i inne roślinki

Pierwszego dnia, zaraz po zakwaterowaniu, udaliśmy się objrzeć ogród botaniczny i znajdujący się w nim park orchidei. Mnie uderzyło to, że wstęp do ogrodu jest bezpłatny, a samo miejsce jest wprost fantastycznie zaprojektowane. Malowniczo poprowadzone ścieżki, piękne chodniki, niezwykle urozmaicony wzniesieniami teren, wspaniała, różnorodna roślinność. Wydzielone zostały sekcje tematyczne, a cały park mimo usytuowania w centrum miasta, jest tak sprytnie oddzielony od otoczenia, że można zapomnieć o tym, że jest się w tak dużej metropolii.

Znalazło się nawet miejsce na polskie akcenty. W parku orchidei można znaleźć specjalna odmianę, nazwana imieniem „His Exellency Aleksander Kwasniewski, then President of the Republic of Poland” wychodowana z okazji jego wizyty w tym miejscu. Natomiast w ogrodzie, w pobliżu pięknie położonej muszli koncertowej – pomnik grającego na fortepianie „najwybitniejszego polskiego kompozytora – Fredericka Chopina – Szopena” :D

Orchidea Aleksandra Kwasniewskiego
Kwaśna Orchidea

Nocne Safari

Po wizycje w ogrodach super-szybkim metrem przedostajemy się na stację, z której odjeżdża autobus w kierunku Nocnego Safari – podobno jednej z największych atrakcji Singapuru. Niby zwykłe ZOO, ale nocą – to może być ciekawe. Sporo się zastanawialiśmy, czy wydać te 32 singapurskie dolce (ok. 90 PLN) na masowy teatr dla turystów, ale jakoś przekonałem Karolinę, że przynajmniej mamy pewność, że przedstawienie będzie trzymało kosmiczny poziom – w końcu jesteśmy w mieście przyszłości :)

Z ciężkim sercem kupujemy bilety, wchodzimy na teren ośrodka i udajemy się w do kolejki, w której czeka się na przedstawienie pt. „Creatures of the Night Show”. Wchodzimy do niedużego amfiteatru, proszą nas o nieużywanie fleszy w aparatach i generalnie świateł, bo można wystrachać zwierzęta. Jakieś wydry i inne pomniejsze ssaki pokazały nam parę sztuczek, wielki wąż znalazł się „przypadkowo” wśród publiczności, nad głową przeszedł na linie dziwny wielki szop i tyle. Pół godziny zeszło.

Tak trochę to bagatelizuję, ale prawda jest taka, że gdybym miał te 10 lat, to by mnie zamiotło. Nietęgie były miny dzieciaków, kiedy zgasly światła, gra złowieszcza muzyka, szeleszczą krzaczory obok a treserzy krzyczą, że gdzieś im uciekł wąż i jakieś inne zwierzaki, każą wstawać z miejsc i wejść na ławeczki dla bezpieczeństwa, a po chwili jakieś stwory biegają między siedzeniami.

Potem wsiadamy w kolejkę objeżdżającą główne atrakcje safari. Zatrzymujemy się co chwila przy różnych stanowiskach, a przewodnik objaśnia w jezyku Szekspira (oficjalnym w Singapurze), jakie zwierzaki możemy aktualnie podziwiać. Znów świetnie została zaprojektowana trasa. Niektóre, nawet duże okazy, jakieś bawoły czy coś, mamy na wyciagniecie ręki, niczym nie oddzielone, w odległości dosłownie 1,5 metra od pojazdu! Czasem nawet stoja na drodze, wiec trzeba chwile poczekac az odejda. Lwy, nosorożce, słonie: 5-10 metrów, żadnej siatki, ogrodzenia, jedynie naturalnie wyglądające, niewysokie wzgórze, za którym został ukryty głęboki rów z wodą, co byśmy pożarci nie zostali. Genialne uczucie!

Po wyjściu z „tramwaju” jeszcze podreptaliśmy zaliczyć wszystkie 4 ścieżki piesze, ktorych spora czesc pokrywała się z trasą kolejki. Fajne było miejsce, gdzie wchodziło się do olbrzymiej klatki (nie wyglądającej jak klatka:) z fruwającymi wokół nas, wcale nie malymi, bo wielkości sporego szczura, nietoperzami owocowymi. Z pozoru zwykła ścieżka, ale idzie się w nocy, w niby-dżungli, przez wiszące mosty, rzeczki, wodospady, wśród różnych robiących klimat pierdół, jakichś skalek, lamp naftowych, pochodni, fantastycznie urozmaicony, przeciekawy teren. Spacerując, szczególnie samemu (jakoś nie było dużo ludzi), można mieć wrażenie jakby się łaziło po Jurassic Park.

Muszę powiedzieć, że nie żałuję ani jednej wydanej zlotowki. Zobaczenie zwierzaków z tak bliska, w nocy, w czasie ich naturalnej aktywności, pozostawia niezapomniane wrażenie. To jest coś ciekawego, innego, nowego a wszystko jest na wysokim poziomie i fajnie zorganizowane. Jestem znany ze swojego wiecznego narzekania na wszystko, wiec jesli juz cos mi sie podoba, to znaczy, ze jest na prawdę spoko.

Po powrócie z safari do stacji metra, ktorym zamierzaliśmy wrócić do guesthouse’u czekala na nas niemila niespodzianka. W okolicach godziny 23:00 w Singapurze przestaje dzialac metro, a busow nocnych nie ma. Rozwazalismy pokonanie 10 km z buta, ale mily pan poinformowal nas, ze taxi w Singapurze nie jest takie drogie. Faktycznie – za kurs do hostelu zaplacilismy 12 dolarow (ok. 30 PLN) , z czego 5 doplacilismy za taryfe nocna.

Sentosa Island

Drugi i za razem ostatni dzień w Singapurze poświęciliśmy przede wszystkim na odwiedzenie Sentosa Island. Jest to jedna z wysp, na ktorych leży Singapur, zamieniona już ponad 40 lat temu w olbrzymi park rozrywki i od tego czasu systematycznie unowocześniana i rozbudowywana. Można na nią się dostać promenada, szybka koleja nadziemna oraz w najbardziej spektakularny sposób – specjalna koleja linowa. My wybraliśmy najbardziej budżetowe rozwiazanie – promenade Przez większa jej czesc nie trzeba nawet iść – są ruchome kladki.

Universal Studios Singapore
This summer: One pair. One chance. One desire.

Wstep kosztuje co prawda tylko 1 dolara, ale za każda dodatkowa atrakcje trzeba placic. A można tam znaleźć wszystko, czego potrzeba do dobrej zabawy wg takim miejscu. Miasteczko filmowe Universal Studios, pola golfowe, 5**** hotele, jakis mega tunel, w którym można latać oraz piękne darmowe plaże (chociaż na horyzoncie zamiast bezkresu oceanu – wielkie tankowce, kominy i magazyny z zasiedniej wyspy). Ja skusilem się na kapiel w goracym jak zupa oceanie. Trwalo to moze ze 3 minuty, bo pan ratownik wyprosil wszystkich z wody widzac jak zbliza się śmiercionośny deszczyk… ehhh te singapurskie zasady. Generalnie caly teren jest wprost cudownie i bajkowo zagospodarowany, a poruszanie się po nim ulatwia (darmowa!) kolejka.

Singapore’s dream

Po krótkiej wizycie w calkiem zywym i kolorowym singapurskim chinatowym, gdzie wsunelismy jakis smazony ryz z krewetkami, udaliśmy się w stronę mitycznej Marina Bay. Dzielnicy biznesowej, która miala nas pozamiatac, tam mial być Singapur, jaki zawsze sobie wyobrazalismy. No przynajmniej ja… :P

W końcu. Szklany las wieżowców, biegający po pracy biznesmeni w spodenkach i dopiero ją kończący pod krawatem. Wszystko się świeci, błyszczy, pięknie, czyściutko, złoto i kryształ. Jest fajnie. Wielki świat :) Wybraliśmy się tam wieczorem, więc migotały światła i ogólny czad dział się.

Marina Bay Singapur
Piękny Gonzalo w Singapurze

Spacerujemy sobie dalej w kierunku Marina Bay Sands. Jest to kompleks składający się trzech luksusowych wiezowcow na ktorych zbudowano, na wysokości ponad 200 metrow, wielki, otwary basen. Niestety nie weszlismy tam, gdyż nas na to zwyczajnie nie stać – aby skorzystać z tej przyjemności trzeba być gościem hotelu znajdującego sie w jednym z budynków. Ceny, z tego co widziałem startuja od 800 sngapurskich dolków za 2 osobowy pokój…

Na zakończenie dnia zobaczyliśmy na prawdę świetny pokaz światła i wody. Wyglądało to tak, że na trzech wielkich ekranach stworzonych z tryskającej wody rozpraszało się światło projektora i tworzyło obraz jak na normalnym ekranie. Dodatkowo disko-stroboskopy, muzyka, fontanny, sikawki i ognie piekielne buchające tak, że aż mi rzęsy przypiekło a Karolina straciła brwi.  W tle rozświetlone milionem światełek wieżowce, a wszystko półprzezroczyste. Tak jak mówili znajomi, którzy widzieli to przed nami – jest to jedna z najbardziej niezwykłych rzeczy, jakie widzieliśmy w życiu.

Singapur. Przedstawienie przy Marina Bay Sands
Mniej więcej tak to wyglądało. Karolina nie dała rady uchwycić lepiej…

Podsumowujac, jak to wygląda?

No właśnie… jakoś dupy nie urywa. Przynajmniej mi. Generalnie ja się rozczarowałem. Spodziewałem się Bóg-wie-czego, a zobaczyłem po prostu spore, nowoczesne, dynamicznie rozwijające się miasto. Wcale nie tak bardzo różniące się od Bangkoku czy Kuala Lumpur. OK, dzielnica biznesowa robi wrażenie, jest dość spora, nowoczesna, sterylnie czysta i bogata w różne kosmiczne rozwiązania architektoniczne. Poza tym miejscem, będę się upierał, że nie jest to wcale miasto przyszłości, kosmos, który powala na kolana. No chyba, że wyznacznikiem przyszłości jest ilość srajfonów i srajpadów na mkw. Dosłownie każdy singapurczyk ma bez przerwy gębę wpatrzoną w ekranik firmowany przez nadgryzione jabłko. Jest to raczej metropolia warta odwiedzenia przy okazji, jeśli jest się w pobliżu, ale jako konkretna destynacja mnie nie rusza. Na pewno jest to miejsce bardzo atrakcyjne dla ludzi z grubym portfelem, mogących sobie pozwolić na luksusowe hotele, drogie rozrywki (aczkolwiek pewnie warte swej ceny) kluby i kosminiczne ceny alkoholu. Na pewną będą się tam dobrze czuć i (wyjątkowo) nie piszę tego z sarkazmem.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz