Bangkok – wersja Karoli

O ile zazwyczaj mamy z Wojtkiem podobne odczucia dotyczące odwiedzanych przez nas miejsc, o tyle sprawa Bangkoku komplikuje nam nieco pisanie wspólnego bloga. Stolica Tajlandii wywarla na nas zupelnie odmienne wrażenie, więc stworzenie jednego wpisu, przy naszych wybuchowych charakterach, mogloby zakonczyc się poważnym uszczerbkiem na zdrowiu. Rozwiazanie bylo tylko jedno – napisać dwie różne relacje:) no więc zaczynamy wersję Karoli…

Niesamowity (?!) Bangkok…

Przed naszym wyjazdem Wojtek wiele opowiadal mi o Bangkoku, w którym mial okazje być już podczas ubieglorocznych wakacji. Jest w nim zakochany po uszy, więc non stop biadolił, że czemu jedziemy tam dopiero po miesiącu pobytu w Azji, że musimy tam spędzić przynajmniej tydzień, że to takie fascynujace miasto, że świetnie zorganizowane, że podają tam najlepszego pad-thaia w calej Tajlandii i w ogóle cud, miód i orzeszki. Możesz po mieście pędzić tuk-tukiem, taksówką, płynąć łódką, jechac metrem, a nad ulicami pędzi mityczny skytrain, ktorego za cholerę nie moglam sobie wyobrazić… No prawdziwy ogień!

Bangkok – true story

Po skonfrontowaniu opowieści Wojtka z rzeczywistością, w moim odczuciu, mister Chrząstek miał po prostu na oczach okulary bardziej różowe, niż taksówki śmigające po ulicach Bangkoku (swoją drogą ten wściekło-różowy kolor taksówek akurat mi się podoba, bo nadaje miastu charakteru). Faktycznie, nie jest to nudna metropolia bez klimatu, ale moim zdaniem kompletnie przereklamowana i nie polecam jej osobom o słabych nerwach. Na każdym kroku jesteś oszukiwany, a wyłudzanie kasy i wprowadzanie w błąd nieświadomych turystów to główne zajęcie chyba kazdego osobnika pochodzenia tajskiego w poblizu backpackerskiej dzielnicy miasta, Kao San. Nawet nas – stare wygi, które włóczą się po Azji już łącznie 5 miesięcy, udało się wprowadzić w niezłe maliny.

Khao San Road, Bangkok
Tak wyglada Kao San Road za dnia. Wyobrazcie sobie jak jest w nocy…

Co wiecej, sławna Kao San Road to juz zupelna masakra. Niesamowicie glosno, tloczno, nie da się przejść, wszędzie odpustowe stragany, tlumy nawalonych Brytoli i muzyka dudniaca cala noc z kadego baru… Jednym slowem, po 2 dniach pobytu w mieście, mialam go już zupelnie dość.

Ruszasz w miasto? Powodzenia!

Po pierwsze, miasto jest strasznie tloczne, zakorkowane i glosne nie do zniesienia. W godzinach szczytu w centrum miasta tworzy się prawdziwa strefa smierci. Oddycha się samymi spalinami, a z kanalow, po ktorych można poruszać się tramwajami wodnymi wydobywa się taki smrod, że nic, tylko się w takim kanale utopic. O ile się w ogóle z Kao San Road wydostaniesz…

Transport kanalami, Bangkok
Przystanek wodnego tramwaju. Wyglada w miare ok, pachnie nieco gorzej…

W poblizu bacpackerskiej dzielnicy nie przejezdza metro, ani skytrain, który jak się okazalo jest zwyklym nadziemnym pociągiem miejskim. Można spróbować swoich sil jeżdząc autobusami, bo ich sieć jest akurat dobrze rozwinięta, ale najpierw trzeba się w nich dobrze zorientować i uzbroic w cierpliwosc (korki!). Są tez łódki, ale dostaniesz się nimi tylko w poblize rzeki albo kanałów i znów dalej musisz kombinować. Masz też stosunkowo niedrogie taksowki, ale możesz być niemal stuprocentowo pewien, że kierowca pojedzie najdluzsza z możliwych tras, krecac w kolko, więc i tak pożegnasz się z pokaźną sumką z portfela.

Tuk tuk, Bangkok
Jak grochem o sciane – czyli negocjacje cenowe z kierowcami tuk-tukow :)

Na zakończenie masz jeszcze ostatnie (moje ulubione) kolo ratunkowe – tuk tuki. Zanim jednak wsiadziesz do jednego z nich, poczujesz się jak Don Kichot. Czeka cię bowiem mordercza walka z wiatrakami, próbując wynegocjować cenę. Kierowcy tuk-tuków z Kao San są tak pazerni i leniwi, że aż żal. Za podroz, która powinna kosztować 30 batów (ok. 3zl) chcą 200 (ok.20zl) i na nic twoje pertraktacje. Nie chce im się kilka razy dziennie ruszyć tylka i zawiezc kogos gdzieś po 30 czy 40 batów, skoro mogą zlowic jakiegos Japonczyka albo Amerykanina, który im da za krótki kurs 300… żenada. Nawet takiemu mistrzowi negocjacji jak ja po 5 minutach opadaja ręce. Rozwiazanie jest jedno – łapać tuk tuka gdzieś dalej i negocjować cenę z usmiechem na twarzy i kilkoma zarcikami w zanadrzu. To wlasciwie jedyny sposób, bo tlumaczenie kierowcy, że zna się ceny i wie, że chce nas jawnie oszukać nic nie daje.

Płać, głupi turysto!

Co do oszukiwania, oprócz kierowców tuk tukow i taksowek, jest tez cala masa naciagaczy, czajacych się na kazdym kroku. Falszywe informacje turystyczne, ciocie i wujkowie „dobra rada”, zapewniający cię, że miejsce, które chcesz odwiedzić jest akurat zamknięte i proponujący idealne, alternatywne rozwiazanie typu rejs statkiem za 1000 batów (ok. 100zl)… to wszystko to jakaś paranoja! Poczulam się troche jak w Indiach, tyle, że tutaj są bardziej sympatyczni. Raz nawet daliśmy się takiemu jednemu zlapac…

Wielki Palac, Bangkok
Wielki Palac. Malo brakowalo, a nie zobaczylibysmy go od wewnatrz

Robiliśmy sobie rano zdjęcia przed Wielkim Palacem, do ktorego potem zamierzaliśmy wejść. Wtedy podszedl do nas ON (mam nadzieję, ze zła karma go dopadnie i urodzi się jako karaluch!). Powiedzial, ze jest nauczycielem w pobliskiej szkole, milo sobie pogawedzilismy o tym, jakie fajne rzeczy można zobaczyć wybierając się w rejs po rzece i w końcu przekonal nas, ze dzis Palac jest zamknięty do 13, z okazji buddyjskiego święta. Nie wygladal, jakby mial mieć jakakolwiek korzysc z tego, zebysmy tam nie weszli, wiec uwierzyliśmy i zrezygnowaliśmy z jego zwiedzania, co popsulo nam nasz caly pozniejszy plan. Nie musze chyba dodawać, ze Palac byl otwarty, a chodzilo jedynie o to, żeby nas nagonic na ten chrzaniony rejs… Nie, na szczęście nie poplynelismy:)

Prąd za darmo? Ależ skąd!

Jest jeszcze jedna rzecz, która nas wkurzyla – w hotelowych pokojach nie ma gniazdek, a za podlaczenie do pradu jednej rzeczy trzeba dodatkowo placic 30 batow (ok.3zl). My mamy 2 telefony i 2 aparaty, więc troche to przedraza koszty… na szczęście z polaczkami nie takie numery i nie daliśmy się tak latwo:)

Nie takie zupełne zło – niezwykłe miejsca Bangkoku

Są jednak takie miejsca w Bangkoku, dla ktorych warto tu przyjechać i nie mówię tego z przekąsem. Chinatown, które nocą zamienia się w kulinarne serce miasta, ogromny i wręcz przebogaty Wielki Pałac, który w końcu na szczęście udalo nam się, odwiedzić, tajemniczy targ amuletów, świątynie w środku centrum handlowego  i wiele, wiele innych miejsc tworzy niezwykly klimat miasta. Może więc nie taki diabeł straszny, jak go malują:)

China Town Bangkok noca
China Town – jedno z miejsc, ktore naprawde warto zobaczyc w Bangkoku.

Mimo całej tej mordęgi, na Kao San podają rzeczywiście pyszne i naprawdę tanie jedzenie, a zaraz koło niej znajduje się druga uliczka, na której co wieczór rozbrzmiewa muzyka na żywo. Chociażby dlatego warto tu zagościć.

Warto, nie warto?

Oczywiście, że przyjechać tutaj jest warto! Chociaż w moim odczuciu miasto ma tyle samo wad co zalet, nie żałuję przyjazdu. O konkretnych (czasem naprawde zaskakujacych) atrakcjach miasta napiszemy w kolejnym wpisie, bo w kwestii tego, co w Bangkoku warto zobaczyć uda nam się chyba dojść do konsensusu:), a tymczasem przepraszam wszystkich fanów miasta za kilka gorzkich słów. Nie bójcie się, Wojtek na pewno Was zagłaska swoimi ochami i achami:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz