Bye bye Thailand

Nigdy nie wiesz, co Ci się przydarzy w podróży. Czasami bywa tak, że miejsce, o odwiedzeniu którego miesiącami marzyłeś rozczarowuje Cię. Albo odwrotnie. Nagle zakochujesz się w jakiejś małej wiosce, o której nawet nikt nie słyszał – prawdziwe odkrycie. Tak naprawdę nie da się nic zaplanować w 100%. Ostatniego dnia w Railay Beach byliśmy pewni, że następnego ranka wyruszamy dalej autostopem, do Malezji. W końcu za 2 dni kończyła nam się tajska wiza – nie mieliśmy wyboru.

Bananowy jest po prostu żywot mój:)

Wszystko byłoby świetnie, gdyby nie (jak przypuszczamy) pechowe naleśniki z bananami i… no właśnie – lekko kwaskowym sosem czekoladowym. Dzięki temu pysznemu, acz nieświeżemu przysmakowi Sz. P. Wojciech „rozłożył się” totalnie, a tym samym całą noc i pół ranka spędził rozmawiając z toaletą. Jak się domyślacie, w odróżnieniu od Wojciecha, toaleta nie była zbyt rozmowna;) Rano wstał zmieniając kolor twarzy z bladego, przez zielony aż po zupełnie szary i ledwo trzymając się na nogach. W tym miejscu apel – jeśli kiedykolwiek będziecie daleko od domu, zwłaszcza w bardziej egzotycznych krajach – niech Wam nigdy nie przychodzi na myśl jedzenie czegoś, co choćby troszkę podejrzanie pachnie i wygląda. To znak, że na pewno coś z tym jest nie tak. Nawet jeśli to wyczekiwana przez Was czekolada, a Karola wciska, że „przecież nic Ci od tego nie będzie, jedz!”.

Komu w drogę, temu…

W każdym razie strasznie głupio się złożyło, że niemoc dopadła Wojtka akurat wtedy, kiedy z powodu tej przeklętej wizy i kary, jaką zapłacilibyśmy za przedłużenie tajskich wakacji, nie mogliśmy sobie pozwolić na dodatkowy dzień odpoczynku… Pół dnia spędziliśmy więc na plaży (musieliśmy się już wymeldować z naszego pokoju), a potem ruszyliśmy. Właściwie to po prostu władowaliśmy się do łódki, a potem Sz. P. Wojciech położył się na chodniku, a ja łapałam stopa. Kierunek – Malezja. Poszło nam całkiem nieźle.

autostop w Tajlandii
autostop, autostop!

We wcześniejszych wpisach wspominałam już, że autostop w Tajlandii działa cud – miód. Tego dnia udało nam się przejechać dwoma stopami jakieś 270 km do miejscowości Hat Yai. Najpierw zatrzymała się matka z córką, które podwiozły nas jakieś 60 km, częstując przy tym ogromnymi szaszłykami z kurczaka (przez co Wojtek i tak już ledwo żywy poczuł się jeszcze gorzej… mmm te kulinarne zapaszki). Panie były bardzo sympatyczne i strasznie się cieszyły, kiedy próbowałam sobie z nimi po tajsko-angielsko-polsku pogawędzić o talizmanach i innych takich tam ciekawostkach. Nic a nic nie rozumiały, ale w końcu musiałam z kimś pogadać, skoro obok mnie leżał prawie trup. Niestety panie nie jechały zbyt daleko, wobec czego w końcu musieliśmy wysiąść w najbardziej zapyziałej tajskiej wiosce ever.

Autostop w Tajlandii – nigdy nie wiesz, kogo spotkasz na swojej drodze!

Kiedy już pożegnałyśmy się z naszymi kierowcami, zabrałam się za łapanie kolejnego stopa. Chociaż już powoli się ściemniało i szanse na złapanie samochodu z minuty na minutę malały, nie pozostawało nic innego, jak tylko próbować. Tutaj nie mieliśmy gdzie spać, a do granicy było jeszcze duuużo kilometrów. Nie przeszkadzały mi nawet gromady dzieci na rowerach i starszych Tajów na motorach, którzy podjeżdżali do nas co chwilę i zagadywali, skutecznie zasłaniając nas przed wzrokiem kierowców. Ja miałam misję – oby dalej!

W końcu się udało. Zatrzymał się większy wóz, a w nim dwie sympatyczne Tajki i – uwaga – buddyjski mnich. Wracali z wakacji na jednej z wysp, a jak się okazało zakaz dotykania mnicha obowiązuje chyba tylko w relacji mnich – białaska, bo ten, który z nami jechał był wyjątkowo zaczepny w stosunku do kierującej samochodem i miał tatuaż. Może to był jakiś alternatywny buddysta:) Wojtek dalej sobie umierał, chociaż było mu już o niebo lepiej niż rano, a ja w najlepsze zapoznawałam się z nowymi towarzyszami podróży. Pomimo, że oni także nie do końca mówili po angielsku, od razu zrobiło się tak jakoś… miło. Poczęstowali nas takimi ogromnymi chipsami, a dla Wojtka wyczarowali jakiś specjalny płyn „biały królik”, który podobno pomaga na żołądek. I rzeczywiście – następnego dnia był zdrów jak ryba… albo królik:) Jak kto woli.

Welcome to my „house”!

W międzyczasie zrobiło się już zupełnie ciemno, wobec czego pytanie naszych nowych znajomych „czy chcemy u nich zostać na noc” było tym, o czym rzeczywiście marzyliśmy. Jak się okazało, dzięki szybkiemu zwrotowi akcji tego dnia położyliśmy się spać w… salonie fryzjerskim, bo nasza wybawczyni była fryzjerką (!), a jak na starą pannę przystało, miała też pięknego perskiego kota, z którym potem nie mogłam się pożegnać:) Najśmieszniejsze w całej tej historii jest to, że następnego dnia nasi wybawcy uparcie twierdzili, że autostop w Tajlandii nie działa i lepiej, żebyśmy dalej poruszali się już autobusem;)

 tajlandia autostop
Nasze nowe lokum:)

 Bye bye Thailand

Na szczęście nie posłuchaliśmy tej rady i następnego ranka ustawiliśmy się jak gdyby nigdy nic przy głównej drodze w Hat Yai. Po południu byliśmy już na granicy tajsko-malezyjskiej. Oczywiście, jak to w Tajlandii bywa – znowu za każdym razem nasi kierowcy odwozili nas na dworzec autobusowy, usilnie twierdząc, że przecież w Tajlandii nikt nas do swojego samochodu nie weźmie, a my starym zwyczajem zaczynaliśmy łapać dalej, czekając zawsze maksymalnie 10 min na podwózkę. Ot ci, ironia losu:)

W każdym razie strasznie nam było przykro wyjeżdżać z tej pięknej Tajlandii wiedząc, że już więcej nie spróbujemy takich dobrych szejków owocowych, przepysznych pad thaiów, nie wypijemy więcej piwa Chang i nie zjemy naleśników z bananami i czekoladą (seseseese). Przykre to było pożegnanie… ale kto wie, może jeszcze kiedyś wrócimy?

Granica tajsko malezyjska
Granica tajsko-malezyjska i smutne pożegnanie

 

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz