Gorzko słodki smak Chiang Rai

Jeżeli wyobrazicie sobie typowe pocztowki z Tajlandii, na których znajdują się jej największe atracje, będą to na pewno rajskie plaże i przepiekne światynie. Na niektorych widnieją także portrety kobiet z górskich plemion Tajlandii. W Chiang Rai postanowiliśmy odwiedzić wlasnie takie tradycyjne wioski. A wlasciwie, jak się okazało jedną dużą wioskę, w której tlocza się poszczególne plemiona.

W Chiang Mai i Chiang Rai jest doslownie zatrzesienie agencjii turystycznych, oferujacych calodzinne lub kilkudniowe pakiety obejmujące odwiedzenie tych plemion, przejażdżkę na słoniu czy wycieczkę nad wodospad. Sami nawet o mało nie wpadliśmy w sidła takich biur i malo brakowalo, a odwiedzili byśmy nie tylko interesujace nas wioski, ale także wybrali się na dwugodzinne zakupy na bazarze i ogromny lunch z kilkunastoosobową grupą. Oczywiście wszystko w ramach pakietu, wcale nawet niespecjalnie drogiego. Na szczęście w porę przypomnieliśmy sobie, że nie po to studiujemy turystykę (pozdrawiamy UAM), żeby teraz zgadzać się na tą całą szopkę. Postanowiliśmy wiec dostać się tam na wlasna rękę.

Najtrudniejszy pierwszy krok…

Wynajeliśmy więc taksowkę na pól dnia i tak dostaliśmy się do wioski, z której jak się później okazało chcieliśmy uciec szybciej, niż się da. Mieliśmy odwiedzić wioski 4 różnych plemion. Ja widząc wszędzie zdjęcia kobiet-żyraf, najbardziej chcialam zobaczyć je wlasnie. Wydaliśmy wiec po 30zł na wstęp do „rezerwatu” i ruszyliśmy do lasu, żeby obejrzeć tradycyjne tajskie wioski.

Jak najdalej stąd…

Po kilku minutach spaceru już wiedzielismy, ze prawdziwego życia wioski to tu nie zobaczymy, nawet jeśli znaleźliśmy się tu indywidualnie, a nie w grupie… weszlismy do „strefy” plemienia Akha. Tradycyjne stroje mieli wszyscy, to fakt. Cale to życie wioski opierało się jednak na sprzedawaniu koralików, szali, bransoletek i innych bubli, a przed każdym domkiem prawdziwa tajska gospodyni ma mały stragan, do obejrzenia ktorego natarczywie zaprasza. Na środku wioski byla większa zadaszona przestrzeń, na której mialo się odbywać „show”. Niemalze wepchnieto nas tam, posadzono, a kobiety, które wcześniej tam siedzialy wziely do ręki wielkie, grube kije i zaczely nimi walic o podloge w równym tepie. Miny mialy dość nietegie. Wszystkie raczej srednio mialy ochotę na wielkie show dla dwóch bialasow. Zeszla się cala wioska i tak bili o ta podloge. A nie, przepraszam. Byl jeszcze dziadek, który gral na jakiejs fujarce, ale watpie, żeby te dźwięki tworzyly jakas melodie… zupelnie nie wiedzielismy, co mamy robić. Usmiechac się, klaskac, patrzeć, stać czy siedzieć? Na szczęście po 2 minutach wystep zakonczono dość nieoczekiwanie – wszyscy po prostu rzucili swoje patyki na ziemie i wyszli, pokazując jednoczenie na skrzynkę do której wrzuca się kasę… co mieliśmy zrobić… wrzucilismy.

Tak się pozuje z „longneckami”

Zakładniczki

Doslownie biegiem przeszlismy obok kolejnych plemion, bo wlaściwie oprócz strojów wszystko tu bylo takie samo. Sklepy, sklepiki, cuda na kiju. Kiedy odmówiliśmy wstępu na kolejne „show”, tylko na nas srogo popatrzono. Doszlismy jednak do kobiet z dlugimi szyjami, ktorych historia jest naprawde straszna. To uciekinierki z Birmy, które nie mogą wrócić do swojego kraju, bo rząd Tajlandii ma zbyt dużo profitów z pokazywania ich turystom. Resztę emigrantow oczywiście dawno już wygoniono. Kobiety-żyrafy mają na szyjach grube, metalowe obrecze, które zakladane są im od malego. Co jakis czas doklada się jedna obrecz i tym samym obniża kości obojczyka, dzieki czemu ich szyje wyglądają na niewiarygodnie dlugie. Wydaje się jednak, że ich problemem nie są wcale zdeformowane kości…

Kobiety te są wręcz więźniami tego miejsca. Nie mogą się stamtąd ruszyć nawet do miasta. Są zamknięte w „rezerwacie” i mogą tylko pomarzyc o zobaczeniu swoich rodzin. My weszlismy do malej szkoly w środku wioski. Nauczycielka, choć ledwo mówiła po angielsku, wytlumaczyla nam ich ciężka sytuację. To bylo naprawdę wzruszajace.

Mała szkoła, w której uczą się dzieci z wioski. Na tym kończy się ich edukacja

W wiosce zrobiliśmy w sumie tylko 2 zdjęcia z dziećmi w szkole, z którymi się troche pobawiliśmy. Nie mamy żadnego zdjęcia ani z kobietami-żyrafami, ani z innymi plemionami. Zwyczajnie nie chcieliśmy być kolejnymi glupimi białasami, traktującymi ich jak małpy w zoo.

Biała świątynia

Żeby nie było tak smutno, w Chiang Rai są też fajne rzeczy:) Jedną z nich jest ciekawa świątynia Wat Rong Khun, zwana też białą świątynią. Jak nietrudno się domyślić, zamiast kolorowych i złotych ornamentów, typowych dla tajskich buddyjskich świątyń, ta jest cała biała:) Nam się bardzo podobała, ale Wojtek prawie oślepł, bo nie miał okularów przeciwsłonecznych, a patrzenie na biel teo budynku można porównać chyba do gapienia się na śnieg w mroźny, słoneczny dzień:)

Tak prezentuje się niezwykła świątynia Wat Rong Khun w Chiang Rai

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz