Początek przygody z tajskimi wyspami – Koh Tao

Po ponad miesiącu przemieszczania się pomiędzy miastami  miasteczkami 6 krajów, kiedy nasze plecaki trochę już przybrały na wadze i zaczęły nam ciążyć, przyszedł czas na prawdziwy odpoczynek. Na dwa tygodnie zmieniliśmy się z glodnych wrażeń backpackerów w wygodnickich turystów… chociaż może nie do końca:) Naszym pierwszym celem była wyspa Koh Tao, na której Wojtek był już w zeszłym roku i strasznie chciał wrócić. W odróżnieniu od bajek, jakie opowiadał mi o Bangkoku, tym razem nie zawiodłam się ani trochę :)

Na południe!

Cała nasza wyprawa z Bangkoku na poludnie Tajlandii była całkiem ciekawa. Po drodze odwiedziliśmy targ, przez którego środek dosłownie przejeżdża pociąg (fotorelację z tego miejsca znajdziecie na naszym fanpejdżu na fb), a potem ruszyliśmy dalej w kierunku rajskich tajskich wysepek.

Chociaż w ostatnich dniach emocji nam nie brakowało, a krótki epizod z ping-pong show w Bangkoku (jeśli kogoś interesują szczegóły, zapraszamy na priva) dosarczył nam nie mało adrenaliny, chcieliśmy po raz kolejny zasmakować przygody. Nie pozostawało nic innego, niż ruszyć dalej stopem.

Autostop, autostop…

Plan wykonaliśmy w 100 procentach. Po 3 minutach stania na drodze zatrzymała się ciężarówka, która jak się okazało jechała prosto do Chumpon, skąd mieliśmy złapać prom na Koh Tao. Kierowca ciężarówki, przysadzisty Taj, na początku był trochę małomówny i rozkręcił się dopiero po chwili… po tajsku, a jedynym angielskim wyrażeniem, jakie znał było „go Chumpon”:) Nie przeszkadzało mu to jednak prowadzić z nami konwersacji, a mnie w pewnym momencie już od gadania bolały… ręce:) i tak przez ponad 300km ze stałą prędkością 60km/h.

Nasz kierowca zostawił nas koło 22:00 na drodze w pobliżu Chumpon, bo sam „śmigał” ( przypominam – 60km/h) trochę dalej i miasto omijał bokiem. Było już zupełnie ciemno, do portu mieliśmy jakieś 15km, a prom odpływał za około pół godziny. Zaczęła się lekka nerwówka, ale autostop w Tajlandii nigdy nie zawodzi:) Po chwili zatrzymał się dla nas pick up cały wypakowany… durianami! Durian to taki miejscowy owoc, który ładnie wygląda, średnio smakuje i dosłownie śmierdzi na kilometr tak obrzydliwie, że człowiek (wyłączając mieszkańców Azji pd-wsch, którzy uważają go za „króla owoców”) ma ochotę zwymiotować. Niemniej jednak, dzięki sprzedawcy tego ochydztwa zdążyliśmy na nocny prom na Koh Tao.

Na wyspach Bergamutach

Kiedy się obudziliśmy już dniało, a nasza łajba od kilku godzin była już przycumowana. Piękne plaże, palmy, turkusowe morze, słońce… czego chcieć więcej? Od razu poczuliśmy, że jesteśmy w odpowiednim miejscu. Zmartwiło nas tylko jedno – na wyspach ceny są droższe niż w części kontynentalnej, nawet w naszym ulubionym mini supermarkecie 7eleven, w którym można znaleźć  chyba wszystko. Na śniadanie więc wyjechały kanapki z makrelą, sardynkami albo dżemem w zależności od dnia i naszego nastroju:). Na lunch z kolei, 7eleven serwowało z reguły zupkę instant albo hot-doga wielkości takiego z Ikei (Wojtek twierdzi, że te z 7eleven są większe). Z kolacją już się jednak nie szczypaliśmy, bo to w końcu wakacje – coś od życia się należy:)

Sniadanie na Koh Tao
Karola próbuje dorwać kanapeczkę z dżemikiem

Wypozyczonym skuterkiem pojechaliśmy na południową część wyspy, gdzie z łatwością znaleźliśmy niedrogi przytulny, bambusowy domek z hamakiem na ganku i wizerunkiem Boba Marleya na ścianie. To jest to – pomyślałam. Cisza, spokój i plaża pod bokiem. Tu odpoczniemy:)

Czas na relaks – Koh Tao

Życie wesołego turysty na takiej wyspie, jak Koh Tao jest naprawdę spoko. Wylegujesz się całymi dniami na plaży, zwiedzasz wyspę na skuterku, a wieczorami słuchasz reggae wydobywającego się z niemal każdego baru. Twoim największym problemem jest to, na co masz dzisiaj ochotę – rybę czy krewetki, piwo czy drink, na jaką plażę pojedziesz i jak długo będziesz snorkelingować. A miejsca do snorkelingu są naprawdę świetne.

Snorkeling Koh Tao
Fajnie jest oglądać rybki w morzu

Generalnie istnieje tu kilka plaż, na które można się udać. Jednę w niedalekiej odległości od portu, do którego przypływają promy, inne po zupełnie przeciwnej stronie wyspy. Na te drugie można dostać się albo taksi albo wodną taksówką, ale oba te rozwiązania są dość kosztowne. Najlepiej więc wybrać się na skuterku, który można wypożyczyć za 150 bathów (ok.15zl) na 24h. Kto jednak nigdy nie dosiadał takiego wehikułu niech lepiej uważa – czasami bywa tu naprawdę stromo i niebezpiecznie, szczególnie na drogach gruntowych.

Drogi na Koh Tao
Na wyspie jest namprawdę stromo. Ten znak nie kłamie.
Skuter Koh Tao
Wojtek i jego maszyna:)

Wyspa na tydzień jest idealna, na dwa już może nudzić, bo nie jest zbyt wielka. Najważniejsze jest to, że każdy znajdzie tu coś dla siebie i na własną kieszeń. Nie jest też tak oblegana (dzięki Bogu) jak sławna Koh Phi Phi, dzięki czemu można tu znaleźć kawałek plaży tylko dla siebie i prawdziwie odpocząć. Niestety ogólnie wyspa jest trochę zaniedbana i często widać porozwalane gdzieś śmieci, szczególnie w pobliżu portu i stanowisk taksówek wodnych. Jazda na skuterze to niezła frajda, ale w porówaniu do np. Koh Phangan widoki nie urzekają. Ludzie ciągną na Koh Tao z innych powodów…

Wyspa nurków

Przejrzysta woda, skały, koralowce, pomiędzy którymi pływają kolorowe rybki… wszystko to zobaczysz, jeśli tylko założysz maskę i wsadzisz łeb do wody. Zawsze twierdziłam, że rybki to najnudniejsze „zwierzaki”, jakie można trzymać w domu, a na Koh Tao nie chciałam wychodzić z wody nawet, kiedy moja skóra pomarszczyła się, jak u 90-letniej babci… nawet sobie nie zdawałam sprawy z tego, jak życie morskie może być interesujące i tak bardzo w zasięgu ręki… Szczena opada.

Domki na Koh Tao
Dwa morskie potwory. W tle – nasz domek* ;)

Jeśli już jesteśmy przy życiu podwodnym… Koh Tao to chyba najlepsze i najbardziej popularne miejsce do nauki nurkowania w pd-wsch Azji. Na wyspie działa przeszło 200 szkół nurkowych, a cała ta zabawa jest niesamowicie tania. Chyba więc nikogo nie zdziwi fakt, że i my postanowiliśmy spróbować swoich sił pod wodą. Powiem jedno – nurkowanie na Koh Tao było jednym z najfajniejszych przeżyć ever. To jest prawdziwy odlot i jazda bez trzymanki. O tym jak nam poszło napiszemy jednak w kolejnym poście. Musimy wam trochę dawkować emocji :p

* no dobra… nasz wyglądał troszeczkę inaczej:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz