W poszukiwaniu tajskiego raju – Railay beach

Dostanie się na wyspę, którą Tomek Michniewicz nazywa „Wyspą NIC” poza sezonem okazało się trudniejsze, niż przypuszczaliśmy. Z Koh Phi Phi odsyłano nas na Koh Lantę, do Krabi i Bóg jeszcze wie gdzie, a w każdym porcie mówiono, że łódki na tą wysepkę odpływają z innego miejsca. Ucieczka od plażowiczów z drogimi aparatami i butelkami piwa Chang w ręku, która była naszym marzeniem, wydawała się po pierwsze: coraz bardziej skomplikowana w realizacji, po drugie czasochłonna, a po trzecie… kosztowna. Zupełne zejście z utartych szlaków, na co tak czekaliśmy i zaszycie się na wyspie, gdzie nie ma kompletnie nic do roboty, okazało się niemożliwe.

Railay beach
Od portu do portu

Szybka zmiana planów

Kiedy już skończyliśmy rozpaczać nad faktem, że tym razem nie uda nam się zamieszkać w domku na drzewie na wyspie Koh Jam, bo to jest właśnie owiana tajemnicą „wyspa NIC”, postanowiliśmy wrócić do Krabi i obmyślić nowy plan na najbliższe kilka dni. Przekopując Internet i wertując kolejne strony Lonely Planet w hotelu, w którym nocowaliśmy kilka dni wcześniej, natknęliśmy się na miejsce, które potencjalnie mogłoby nas zainteresować, chociaż z opisów nie robiło na nas ogromnego wrażenia i było raczej takie „na przeczekanie”.
Railay Beach? – zapytała pani z recepcji, słysząc powtarzającą się nazwę z naszych ust – Haaaaaa – Tajowie zawsze tak gęgają, coś a’la nasze „aha” – Great place, go there! No i pojechaliśmy.

Przepraszam, jak dostać się na Railay Beach?

5 minut spacerkiem od naszego hotelu znajdowała się mała przystań, w której przycumowane były dwie łódki czekające na białasów do przetransportowania. Tym razem jednak zanim znów zdecydowaliśmy się uciec ze stałego lądu, zawitaliśmy na chwilę w sklepie „7-eleven”. W naszym koszyku wylądował chleb, dżem, puszki z rybami, woda, chińskie/tajskie zupki instant itd. – generalnie dodatkowe kilka kilogramów żarcia, za które zapłaciliśmy 3 razy mniej, niż potem na miejscu. Jednym słowem – deal roku.

Na Railay Beach, które notabene jest półwyspem, nie można dostać się drogą lądową, bo dojazd skutecznie utrudniają strome, niemal pionowe skały i egzotyczna roślinność. Na miejsce, za 150 THB (ok.15zł) na osobę, można się dostać tylko łódką, co jak na 40-minutową przejażdżkę nie jest tragiczne, więc oczywiście się zdecydowaliśmy.

Jak znaleźć dach nad głową

Długie i męczące poszukiwania miejsca, w którym moglibyśmy wreszcie zdjąć nasze plecaki zakończyły się wielkim powodzeniem. Naszym nowym lokum stał się mały pokój z łazienką w ośrodku „Diamond Resort”. Nie muszę chyba dodawać, że po półtora miesiąca podróży po Azji trochę się wyrobiłam i tutaj już w pełni zasłużyłam na miano mistrza negocjacji:) Miejscówka za 15zł za osobę w super ośrodku z wifi i basenem zbudowanym na tarasie widokowym, z którego rozpościera się panorama przepięknej zatoki, to chyba nie jest dużo, prawda? :) Targowanie poszło mi na tyle dobrze, że pani, która ostatecznie przystała na moją cenę dostała potem porządny ochrzan od swojego szefa, a nam zakazano zdradzać efekt negocjacji innym gościom. W sezonie przebitka na naszej miejscówce jest niemal dziesięciokrotna…

Railay Beach zakwaterowanie
Piękny widok, prawda?

Wschód i zachód…

Zamieszkaliśmy po wschodniej (tańszej) stronie półwyspu. To właśnie tu znajdują się malutkie knajpki, większość ośrodków, sklepy i przystań. Zachodnia strona zarezerwowana jest dla bardziej majętnych wczasowiczów, którzy mogą wybrać właściwie pomiędzy dwoma ekskluzywnymi resortami. To na pewno idealne miejsce do spędzenia podróży poślubnej, więc jeśli ktoś się szykuje na takie bajery, to warto pomyśleć. Nocleg nie należy do najtańszych, ale oba ośrodki wyglądają imponująco, a szczególnie Rayavadee, z którego rozpościera się niesamowity widok na najpiękniejsze miejsce na ziemi (ale o tym w kolejnym wpisie – czekajcie na foty, padniecie z wrażenia!). Zadziwiający jest tylko fakt, że na półwyspie nie ma aż tylu turystów. W każdym razie na to w żadnym wypadku nie narzekamy;)

Railay Beach
Railay Beach

Przejście z naszego „nieco” skromniejszego ośrodka na plażę zajmowało nam z reguły około 10 minut, a ta po zachodniej części półwyspu była naprawdę wspaniała. Tam też widzieliśmy bez wątpienia najpiękniejszy zachód słońca w naszym życiu – tak, tak – to orzekliśmy komisyjnie, dosłownie zwalił nas z nóg:) Niesamowite kolory nieba, ogromne skały okalające zatokę i głazy, które wraz z odpływem stawały się coraz bardziej widoczne… bajka! Najpiękniejszy wschód słońca widzieliśmy w Ha Long Bay w Wietnamie, ale Railay Beach na pewno należy się miano najpiękniejszego zachodu. I pomyśleć, że nawet nie planowaliśmy tu przyjeżdżać…

Tajlandia, Railay Beach
tak zapamiętamy ten piękny zachód słońca…

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz