Szaleństwa przy pełni księżyca! Full moon party na Koh Phangan!

Na Koh Phangan dostaliśmy się z Koh Tao po dwóch godzinach rejsu promem, zapełnionym po brzegi wesołą, backpackerską bracią. Chociaż nie zmieściliśmy się pod dach i musieliśmy prażyć się przez 2 godziny w pełnym słońcu na pokładzie, w dodatku przytuleni do siebie jak glonojady – nikt nie narzekał i cieszył się, że dane mu było na tę łajbę w ogóle wejść. Zwykle nie ma większych problemów z dostaniem się na ten statek, jednak jest takich kilkanaście dni w roku, kiedy bilety rozchodzą się z prędkością światła…

Wyspa jak wulkan gorąca

Co prawda na Koh Phangan wulkanu nie ma, ale atmosferę podgrzewa tu jedna z najsławniejszych imprez plażowych na świecie, dla której przyjeżdżają prawdziwe tłumy. Full moon party to chyba jedna z lepszych zabaw, na jakich kiedykolwiek byliśmy! Mówimy to zupełnie poważnie, chociaż jechaliśmy tam bardziej z ciekawości, niż chęci na zabawę. Myśleliśmy, że to nie nasze klimaty, a okazało się, że szaleliśmy do białego rana:)

Kiedy znaleźliśmy nasz własny kąt na Koh Phangan, czyli mały drewniany domek z widokiem na przepiękną, prawie pustą plażę – odetchnęliśmy z ulgą. Jadąc tu obawialiśmy się bowiem, że trudno będzie w ogóle złapać jakąkolwiek miejscówkę na wyspie za rozsądne pieniądze. Wszyscy ostrzegali nas, że w czasie pełni księżyca wyspa wręcz zalewa się tłumem imprezowiczów z całego świata, a o spokojnym miejscu możemy zapomnieć.

Było w tym trochę racji, ale nie do końca, bo tłumy faktycznie są, ale tylko w jednej, imprezowej części wyspy. Dzięki temu, że Wojtek był tu w zeszłym roku i znał już trochę wyspę, od razu skierowaliśmy się w jej zupełnie inną część, na skuterku wypożyczonym zaraz przy porcie. O tym, jak wygląda Koh Phangan napiszemy w kolejnym poście, ale teraz przejdźmy już do rzeczy…

Jest wiaderko, jest impreza!

Półgodzinna jazda skuterkiem na drugą stronę wyspy minęła nam całkiem sympatycznie. Na krętych i strasznie stromych drogach prowadzących do Haad Rin, gdzie odbywa się impreza, co chwila wymijały nas pickupy-taksówki, wypakowane ludźmi, którzy beforki mieli już najwyraźniej dawno za sobą.

odblaskowy beret
kolor przede wszystkim

W szampańskich nastrojach wpadliśmy do 7elevena po dużą colę, a następnie zmieszaliśmy ją z niedrogim tajskim rumem. Byliśmy już prawie gotowi. Nie pozostało nam już nic innego, jak tylko wbić się w nasze „wyjściowe wdzianka” i pędzić na plażę. No właśnie, na Full moon party panują pewne zasady…

4 przykazania prawdziwego imprezowicza

Po pierwsze trzeba się odpowiednio ubrać, czyli włożyć na siebie jak najbardziej odblaskowe ciuchy (najlepiej z napisem: Full moon party, co też uczyniliśmy). Po drugie należy zakupić WIADERKO, do którego wlewa się wybrany przez nas alkohol, a potem z takiego wiaderka się pije. Po trzecie koniecznie trzeba pomalować się fluorescencyjnymi farbkami, a po czwarte lecieć na plażę i balować do białego rana. Jak się domyślacie, wszystkie przykazania dokładnie wypełniliśmy.

impreza Koh Phangan
Karola w swoim wyjściowym wdzianku prezentuje wiaderko

Wystarczyło więc kilka pociągnięć z naszego wiaderka (trochę alternatywnego, bo kupionego w supermarkecie z naszym własnym drinkiem, a nie przygotowanego przez jednego ze sprzedawców przy plaży… cóż trzeba było trochę oszczędzić), a na moim czole pojawiła się przy pomocy pożyczonych (żeby nie powiedzieć wyżebranych) farbek, piękna gwiazda, na policzkach kolorowe kwiatki. Na ramieniu Wojtka znalazło się natomiast perfekcyjne odwzorowanie loga naszego ulubionego sklepu – 7eleven:) Byliśmy gotowi!

impreza Full moon party
Wojtek naprawdę kocha 7eleven…

Dirty dancing

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, od razu wciągnął nas kolorowy tłum wesołych imprezowiczów. Neony bijące po oczach z każdej strony, stoiska z farbkami fluorescencyjnymi, na których możesz namalować sobie na ciele co tylko zechcesz, stoiska z wiaderkami z alkoholem i dudniąca muzyka dobiegająca z plaży. Taaak, jesteśmy na Full moon party! Poczuliśmy się trochę jak na Woodstocku. Wszędzie pełno pozytywnie zakręconych ludzi w dziwnych strojach, którzy przyjechali tu, żeby się dobrze bawić.

ulice Koh Phangan
Komu fluorescencyjny tatuaż?

Wchodząc na plażę, zobaczyliśmy kilku(nasto?)tysięczny tłum ludzi, skaczący w rytmie jakiejś latynoskiej piosenki. Pierwszy mit został obalony – na Full moon party ludzie bawią się nie tylko przy electro, techno, czy różnych rodzajach „dabstepe”. Praktycznie każdy znajdzie tu coś dla siebie, bo wzdłuż rozległej plaży ciągnie się ściana barów, a z każdego z nich dobiega inny rodzaj muzyki.

Full moon Koh Phangan
A na plażach prawdziwe tłumy!

Wszyscy piją, tańczą, śpiewają, kąpią się w morzu… Jednym słowem czyste szaleństwo. Co kawałek odbywają się pokazy ognia, a z barowych dachów na plażę można zjechać na specjalnych zjeżdżalniach. Alkohol we krwi uczestników zdaje się neutralizować wszelkie urazy po upadkach z takich zjeżdżalni. Neony, ogień, woda, procenty i rytm muzyki pulsują w Twojej głowie. Nawet jeśli nie przyszedłeś tu w szampańskim nastroju – automatycznie zaczynasz szaleć z innymi. Trafiłeś do imprezowego raju… albo piekła. Jak kto woli.

plażowa impreza na Koh Phangan
Wojtek powiedział, że zjazd nie boli… i pojechał;)

Szaleństwo do białego rana

Ludzie przyjeżdżają tu z całego świata tylko po to, żeby w tę jedną noc w miesiącu zabawić się w najlepsze. Musimy przyznać jedno – było nieziemsko i bardzo pozytywnie, ale na tyle intensywnie, że w pewnym momencie… po prostu usnęliśmy zmęczeni tym tańcem, bieganiem od baru do baru i tłumem ludzi. Na ławce spało nam się całkiem dobrze, a kiedy się obudziliśmy… już dniało. Poszliśmy więc jeszcze raz na plażę, a ku naszemu zdziwieniu ludzie dalej bawili się tam w najlepsze. Full moon party to nie przelewki – tu przyjeżdżają najwytrwalsi :) Co prawda sprzedawcy wiaderek już się pakowali, a na plaży pełno było zgubionych butów, wiader, butelek, odblaskowych opasek i zamroczonych alkoholem „trupów”, jednak byli też i tacy, którym nie przeszkadzało dzienne światło. W końcu przyjechali się tu wyszaleć.

Chcemy jeszcze raz!

Wracaliśmy na naszym skuterku strasznie zmęczeni, ale zadowoleni i roześmiani. Udało nam się uczestniczyć w czymś, czego najprawdopodobniej jeszcze długo nie powtórzymy. A szkoda, bo dawno się tak nie wyszaleliśmy. Po imprezie zostało nam kilka fotek, kilka szalonych filmików, a Wojtkowi na tydzień na ramieniu resztki jego fluorescencyjnego „tatuażu”, bo ciężko go było zmyć:) Wszystkim, którzy kiedykolwiek będą się wybierać na Koh Phangan zdecydowanie polecamy Full Moon Party, a jeśli swoim wyjazdem akurat nie traficie w pełnię księżyca – zawsze pozostaje Wam jeszcze Half Moon Party, Jungle Party i jakakolwiek inna impreza na wyspie:) Oj, dzieje się tam, dzieje…

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz