Tam, gdzie biegał półnagi, boski Leo – wyspa Koh Phi Phi

Krabi, do którego udało nam się w końcu dojechać, miało być tylko miejscem, w którym przenocujemy, żeby następnego dnia udać się na najbardziej znaną wyspę Tajlandii, Koh Phi Phi. W dzień wyjazdu na wyspę Wojtek był podniecony co najmniej tak, jak podczas oczekiwania w noc wigilijną na Dzieciątko (tak, tak – w Opolu na Gwiazdkę dzieciom daje prezenty „Dzieciątko”. Bez komentarza.). Powód? Na Koh Phi Phi znajduje się najpiękniejsza plaża świata, o której mówi się z błyskiem w oku, artykułując dokładnie sylaby – „The Beach”. Jeśli kojarzycie ukrytą otoczoną skałami, rajską, wprost niebiańską plażę znaną z filmu o tym tytule, z boskim Leo w roli głównej – to właśnie tam mieliśmy zamiar się udać.

Tajlandia, Koh Phi Phi
Typowy obrazek z Koh Phi Phi, kojarzycie?

Mnie nie do końca udzielał się Wojtusiowy entuzjazm, ale to pewnie dlatego, że jako totalny ignorant kinematografii nie miałam przed wyjazdem okazji obejrzeć tego kultowego filmu. Co więcej, tak bardzo podobało mi się na innej wyspie – Koh Phangan, że średnio miałam ochotę ruszać dalej. Czego się jednak nie robi dla faceta:)

Koh Phi Phi dojazd
W drodze na Koh Phi Phi

Koh Phi Phi, najwspanialsza z tajskich wysp?

Po prawie dwóch godzinach prażenia się na słońcu podczas rejsu, dopłynęliśmy wreszcie na naszą rajską wyspę. To, że Koh Phi Phi zasługuje na miano jednej z najpiękniejszych tajskich wysp to jedno, ja dodałabym jeszcze coś od siebie – najbardziej zatłoczona i wkurzająca. Już na samym wstępie kazano nam zapłacić obowiązkową opłatę za wejście na ląd, przeznaczoną podobno na walkę z odpadami zostawianymi przez turystów. Nic w tym niezwykłego. Białasy i skośnoocy dosłownie opanowali to miejsce. Nie da się przejść spokojnie ulicą nie utknąwszy w jakimś ludzkim korku, spowodowanym ogromnym tłokiem. Zewsząd atakują Cię naganiacze próbujący zaciągnąć Cię do swojego hotelu, restauracji albo proponujący wycieczki. Do tego ciągle słychać tylko „piiii piiiii”, wykrzykiwane przez Tajów, ciągnących wózki z jakimiś produktami (na wyspie w ogóle nie jeżdżą samochody, więc trzeba transportować wszystko własnoręcznie). W ten sposób próbują rozproszyć ten wieczny tłum. My przyjechaliśmy na Koh Phi Phi poza sezonem, aż strach pomyśleć jak tu wygląda w pełni sezonu… Jednym słowem – masakra.

Koh Phi Phi
Już widzimy co się święci…

Mój jest ten kawałek podłogi!

Dość szybko udało nam się jednak znaleźć chyba najtańszy nocleg na wyspie. Zadomowiliśmy się w ślicznym, maleńkim bambusowym domku na środku wyspy – o widoku na morze, jak na innych wyspach mogliśmy tylko pomarzyć z naszym coraz skromniejszym budżetem. Ale nie narzekaliśmy – w środku było całkiem przytulnie i nawet nie przeszkadzali nam ciekawscy Chinole, którzy śmiejąc się z nas pytali jak w ogóle można w takim czymś spać:) „Brak klimatyzacji? Katastrofa…”.

Koh Phi Phi zakwaterowanie
Nasza śliczna bambusowa chatka

W poszukiwaniu rajskiej plaży

W każdym razie wiedzieliśmy już, że nie chcemy na wyspie zostać zbyt długo, to nie było miejsce dla nas. Chcieliśmy więc jak najszybciej odwiedzić słynną zatokę Maya Bay i zwiewać stamtąd jak najszybciej. Może przez nasze niedoczytanie, a może Lonely Planet nas lekko oszukał – okazało się, że żeby się tam dostać musimy wydać kolejne pieniążki z wizerunkiem tajskiego króla. Maya Bay znajduje się bowiem na Koh Phi Phi Leh, czyli małej wysepce obok głównej – Koh Phi Phi Don, na którą oczywiście dostać się można tylko wodną taksówką za około 150THB (ok. 15zł). Brawo…

Polak jednak potrafi (przede wszystkim logicznie myśleć) i w cenie niewiele wyższej niż cena przejazdu (a raczej… przepływu) na słynną plażę, znaleźliśmy całą wycieczkę, w której oprócz transportu mieliśmy także obiad, owoce i snorkeling w pobliżu wyspy. Uciułaliśmy więc nasze praktycznie ostatnie pieniądze i po południu wsiedliśmy z pełnymi brzuchami na rozklekotaną, przeładowaną ludźmi łajbę. Oczywiście takie są właśnie efekty wybierania najtańszych wycieczek:) Było jednak dość zabawnie, szczególnie dzięki wielopokoleniowej rodzince Chińczyków/Koreańczyków, która oczywiście nie umiała pływać i zanim zaczęli snorkelingować, założyli na siebie kamizelki ratunkowe i po 2 (!) maski na głowę. Tak się uśmiałam z tego widoku, że aż przestałam się wkurzać, że dla nas już masek zabrakło…

Wycieczka na Koh Phi Phi
No cóż… Karola nie była zbyt zachwycona wycieczką…

The Beach!

Godzinę później jedno z większych marzeń Wojtka podczas naszego wyjazdu wreszcie się spełniło. Po dopłaceniu kolejnych 100THB za osobę (ok. 10zł, podobno za wejście do parku narodowego) stanęliśmy na Maya Bay. Powiem jedno – filmu to ja może nie oglądałam, ale plaża była najpiękniejszą, jaką (do tamtego momentu) widzieliśmy. Najdrobniejszy, bieluteńki piaseczek i otoczenie wspaniałymi skałami sprawiło, że rzeczywiście poczułam się jak w raju. Turystów wcale nie było tak dużo, a pogoda była wręcz idealna. Żyć, nie umierać. To faktycznie była „the Beach”.

The Beach Koh Phi Phi
Maya Bay, czyli słynna „The Beach” na Koh Phi Phi

Kołysał nas zachodni wiatr, a brzeg gdzieś za rufą został…

Jakby wszystkich naszych przygód było mało, w drodze powrotnej zerwała się nagle burza, wysokie fale miotały naszą rozwalającą się łódką, a deszcz i słona morska woda lały się niemiłosiernie na pokład. Ja, jak to mam w zwyczaju w takich sytuacjach, śmiałam się na głos jak idiotka, ktoś z przodu w akcie desperacji zasłaniał się od słonych fal tacą po ananasach, które wcześniej dostaliśmy, a Chińczycy/Koreańczycy przed nami zaczęli się w przerażeniu modlić. No tak… zapomniałam, że oni nie umieli pływać. Nawet hiszpańskie dziewczyny, które wcześniej kategorycznie chciały zostać na środku zatoki i oglądać zachód słońca mimo niesprzyjających warunków (bo przecież zapłaciły!), spasowały i błagały o bezpieczne dopłynięcie do brzegu.

Modły Chińczyków/Koreańczyków zostały jednak wysłuchane, bo po chwili wyszło już słońce, a morze się uspokoiło. Totalnie przemoczeni i przerażeni (oprócz mnie, bo ja się dalej śmiałam) dobrnęliśmy jakoś do końca naszej niskobudżetowej wycieczki, dziękując w myślach Chińczykom/Koreańczykom, że wymodlili szczęśliwe zakończenie i właścicielowi łódki, że w procesie zmniejszania kosztów nie wymontował z łódki dachu i ławeczek (bo jak wiadomo, gdybyśmy stali, mogłoby na łódkę wejść więcej europejskich zadków). Amen.

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz