W poszukiwaniu złotej połoniny

Byliście kiedyś w Bieszczadach? Nie? My też nie – do zeszłego miesiąca :) Bieszczady zawsze były dla nas jakoś tak daleko. I na liście podróżniczych marzeń i kilometrowo, a przede wszystkim chyba liczbowo – jeśli chodzi o ilość godzin spędzonych na dostaniu się do danego miejsca. Jeśli już wybieraliśmy się gdzieś razem po Polsce, to raczej były to duże miasta albo morze. Wszędzie było bliżej niż w Bieszczady. Niemniej jednak zawsze chcieliśmy tam pojechać, żeby zobaczyć słynne złote połoniny i zrozumieć co tak bardzo fascynuje ludzi w Bieszczadach. Od czasu kiedy Poznań zamieniliśmy na Wrocław i południe Polski trochę nam się przybliżyło, podjęcie decyzji o weekendzie w Bieszczadach zajęło nam kilka minut. Właściwie to nim się obejrzałam, mieliśmy już wykupione bilety na Polskiego Busa relacji Wrocław – Rzeszów. Dodatkowym motywatorem do wyjazdu było przetestowanie naszych nowych butów trekingowych. No więc pewnego pięknego poranka o 5:00 rano wsiedliśmy do autobusu i po dwóch przesiadkach, na które mieliśmy max 10 min. znaleźliśmy się w Wetlinie… o 15:00.

Od razu przyznaję – nie mieliśmy imponującej wiedzy o Bieszczadach. Nie jesteśmy ani specjalnie miłośnikami górskich wędrówek, ani też fanami odciętej od świata głuszy. Nie zaplanowaliśmy też konkretnie tego wyjazdu. Po prostu, nagle się tam znaleźliśmy. Nie wiem, jak Wojtek wyobrażał sobie Bieszczady, ale ja jakoś tak automatycznie przyjęłam, że będzie sporo turystów, a najpopularniejsze miejscowości będą bardziej przypominały Karpacz czy Szklarską Porębę z całą tą turystyczną otoczką – straganami, reklamami i karczmami. A tu było inaczej. Cisza – uderzająca wręcz w uszy cisza, spokój, trzy sklepy na krzyż, informacja turystyczna pół godziny jazdy dalej. I wiecie co? Od razu mi się to spodobało. Góry górami, ale to, co najbardziej mnie urzekło to noc i wszystkie te gwiazdy, cała pięknie odsłonięta droga mleczna. Niesamowite!

Na szlak wyszliśmy jak totalne mieszczuchy. Po prawie nieprzespanej z zimna nocy, ubraliśmy się chyba we wszystkie ciuchy, jakie tylko wzięliśmy ze sobą i ruszyliśmy na szlak. Po 2 pary spodni, skarpet, czapki, szaliki, kurtki, polary, t-shirty, podkoszulki i nawet ja się w pewnym momencie zgubiłam z liczeniem swoich warstw. Byliśmy zziębnięci jak nigdy, bo popełniliśmy na wstępie poważny błąd – zatrzymaliśmy się w PTTK w Wetlinie, gdzie ogrzewanie w pokoju z dykty było włączone przez 3h w nocy, przy minusowej temperaturze na zewnątrz. Do tego brak ciepłej wody, nie prane od początku sezonu koce i okropne prysznice, a wszystko to za 30zł/os. Nie muszę spać w penthausie ale to już była przesada. Odradzamy.

PTTK Wetlina
Nora PTTK w Wetlinie – Karolina nie poleca

No ale wracając do wyjścia w góry – jeszcze nawet nie doszliśmy do granic Bieszczadzkiego Parku Narodowego, a już ściągaliśmy z siebie kolejne warstwy… i zjedliśmy połowę naszych zapasów, żeby mieć gdzie włożyć nadprogramowe ciuchy :)

Bieszczady drzewa
Na początku trzeba było się przedostać przez drzewka

W Bieszczadach byliśmy pod koniec października, właściwie już po sezonie. Pogoda była przepiękna. W nocy przymrozki, ale w dzień niesamowicie słonecznie, koło  15 stopni Celsjusza i piękne, niebieskie niebo, którego bardzo nam brakowało. Lepiej sobie tego nie mogliśmy zaplanować. Co prawda liczyliśmy jeszcze na kolorowe, jesienne liście, ale troszkę się spóźniliśmy.

połonina
Pierwsza połonina zdobyta!

Na początku szło się tak sobie. Wędrówki w lesie to nawet całkiem lubimy, ale to ciągłe pod górkę… nie. Jest zimno, ale jak idziesz, to się pocisz. Jak staniesz na chwile w cieniu to znowu jest ci zimno. Przeklęte góry. Tak więc jeszcze przed połoninami mieliśmy na sobie o połowę mniej rzeczy, prowiantu i zapału. Gdzie te połoniny? Długo jeszcze? Chcemy wreszcie zobaczyć jakieś widoczki… (przydałby się tu jakiś wyciąg :P haha)

Na rozstaju dróg...
Na rozstaju dróg…

No więc tak wędrowaliśmy sobie pod górę, ja oczywiście trochę spowalniałam i marudziłam ale wtedy… skończył się las i zobaczyliśmy połoniny. Przepiękne. Idealnie rozświetlone słońcem prezentowały się wspaniale. Od razu dostałam powera i ruszyliśmy w stronę przełęczy (tym bardziej, że z tyłu słyszeliśmy, że ktoś za nami idzie i nie chcieliśmy wyjść na totalnych cieniasów). Przez cały dzień wędrówki spotkaliśmy na szlaku może łącznie… 20 osób, więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy w czasie chwilowego odpoczynku usłyszałam za plecami: „Karola, to Ty?” :) Świat jest mały i zaczynam przekonywać się o tym coraz częściej! To była Magda, koleżanka ze studiów (pozdrawiam!) – nieźle, nie? Po krótkiej rozmowie każdy udał się w swoją stronę, ale umówiliśmy się na wieczór w kultowym miejscu (którego oczywiście nie znaliśmy) – Domu Ludzi Mgły w Wetlinie, gdzie swoją drogą mają dobre grzane wino, które sponiewierało nas do tego stopnia, że w góry wyszliśmy tylko tego jednego, jedynego dnia :)

W drodze na Smerek.
W drodze na Smerek.
A droga długa jeeeeeeeest!
A droga długa jeeeeeeeest!

Cel dnia nr 1. – Smerek :) Po 20 min marszu – zdobyty! Atak szczytowy udał się bez żadnych problemów, bo trafiliśmy w idealne okienko pogodowe. Zdobycie szczytu uhonorowaliśmy zjedzeniem kabanosów i sucharów beskidzkich!

Smerek zdobyty - czas na kabana!
Smerek zdobyty – czas na kabana!
I z powrotem na przełęcz...
I z powrotem na przełęcz…

Właściwie wejście na Smerek i zejście z góry było najładniejszym etapem naszej wędrówki. Widoki były naprawdę imponujące. Potem już skierowaliśmy się w stronę naszego celu nr 2, czyli schroniska Chatka Puchatka. Szlak był naprawdę piękny, było co podziwiać. Po drodze nie obyło się bez małego kryzysu, ale generalnie mimo sporego opóźnienia dotarliśmy tam bez przeszkód.

Niezmienna recepta na kryzys wszelaki - Pasztet Wielkopolski + buła.
Niezmienna recepta na kryzys wszelaki – Pasztet Wielkopolski + buła.
Smerek już za nami.
Smerek już za nami.
Dowiedzieliśmy się, że Karolina ma połoninowy kolor włosów :D
Chatka Puchatka na horyzoncie!
Już niedługo, coraz bliżej…
Schroniskowego żurka się baliśmy, tak więc skończyło się na gorących kubkach. Na drugim planie, przy wejściu – Puchatek we własnej osobie! ;)
W końcu zachód! Trza przyznać – ładnie było :)
Szybko, schodzimy! ZARAZ BĘDZIE CIEMNO!
Ostatni pstryk na złotą już chatkę i Puchatka i lecimy na dół.
Jest złoto! Na sam koniec! :D

Wypiliśmy herbatę, po gorącym kubku i znowu zaczęliśmy się przyodziewać w nasze wszystkie warstwy – robiło się coraz zimniej, a słońce powoli chowało się za górami. Kiedy zeszliśmy na dół, do drogi – było już zupełnie ciemno. Do Wetliny mieliśmy jeszcze kilka kilometrów, ale na szczęście autostop w Bieszczadach nie zawodzi i po chwili zatrzymał się pierwszy samochód, wysadzając nas potem prosto pod nieszczęsnym PTTK.

Gdyby ktoś z Was przyjechał tak jak my – bez rozeznania i zarezerwowanego miejsca do spania – polecamy nocleg w Wetlinie zaraz naprzeciw sklepu ABC, w takim dużym domu, bez szyldu. To tam skierowaliśmy nasze kroki w desperacji szukając innego pokoju, byleby tylko nie wrócić do PTTK. Za 25zł/os (czyli taniej niż w PTTK!!!) spaliśmy pod czyściuteńką pościelą w przytulnym, ciepłym pokoju, a gospodarze są bardzo sympatyczni. Polecamy.
Fajne te Bieszczady. Zupełnie inne. Takie spokojne, puste, dzikie. Jest klimat!

Aaaaa, widzieliście już serial „Wataha”? Gdybym obejrzała go przed wyjazdem czułabym się jak w środku akcji. Jadąc do Wetliny autobusem z Sanoka, dwie panie opowiadały sobie historię o człowieku, którego znaleziono w lesie, poszarpanego przez niedźwiedzia. Co ciekawe, podobno niedźwiedź dorwał się już do gościa jak ten był martwy. Najprawdopodobniej było to zabójstwo. Takie rzeczy to tylko w Bieszczadach…

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz