Good morning Vietnam!

Chyba pokochaliśmy ten kraj od samego początku. Spodziewaliśmy się ze będzie męczący, obawialiśmy się ogromnych korków, hałasu, spalin, tłoku i zgiełku. Po naszych przygodach z ambasadą  Wietnamu w Warszawie obstawialiśmy też na 100% problemy z dogadaniem się. Chyba jednak jak się człowiek nastawi na najgorsze, to najczęściej potem może odetchnąc z ulgą. Tak też było w przypadku Wietnamu. Okazał się zupełnie inny, niż mysleliśmy. Jak jest? Fantastycznie! Egzotycznie (jak dla Europejczyków), azjatycko, bajkowo, inaczej. Na ulicach nie ma syfu, nie ma ani archaizmu, biedy ani nowoczesności, sterylności. Jest tak pomiędzy. Powiedzielibyśmy, że jest tak akurat.  Ciężko powiedzieć, co tak naprawdę pociąga nas w Wietnamie. Nic konkretnego i wszystko zarazem.

Hanojska dżungla

Ulice Hanoi wygladają niesamowicie, szczególnie stare miasto. W tych wąziutkich uliczkach nie sposób się połapać nawet z mapą. Praktycznie każda wygląda identycznie, brak punktów orientacyjnych. Świetne jest też to, że nawet w tym typowo turystycznym miejscu pełno jest lokalsów, którzy przychodzą wypić sobie piwo czy mrożoną herbatę. Nie ma tu podziałów na białych i lokalsów, co zauważyliśmy w wielu azjatyckich miastach.

Pozorny chaos na ulicach
Prawdziwe morze jednośladów

Na każdych światłach zatrzymują sie przed samochodami setki motorków i skuterków. Czekaja, aż sygnalizator odliczy do zera (albo i nie) i zapali się zielone swiatło. Wtedy ruszają. Prosto, na skos, w prawo, w lewo, pod prąd… Wszędzie! W godzinach szczytu dodatkowym pasem dla nich staje się też chodnik. To wszystko wygląda niesamowicie. Nierzadko też na skuterach potrafią przewozić tyle rzeczy, ile nie zmiesciłoby się nawet do Corollci Wojtka:) A jednak w tym wszystkim jest zachowana pewna logika i zasady. Rytm, sposób jeżdżenia jest niby chaotyczny, ale jednak w jakiś magiczny sposób to wszystko działa i jest  lepiej zorganizowane, niż ruch na rondzie Kaponiera.

Krótka instrukcja przechodzenia przez jezdnię

Przechodząc przez ulice należy spojrzeć 5 razy w prawo i w lewo, a następnie, kiedy w odleglości 2 metrów od nas znajduje sie nie więcej niż 10 motorów –  ruszyc przed siebie. Panuje tu jedna zasada – żeby przeżyć i nie zostać „uszkodzonym” przy tym nie lada wyczynie przechodzenia przez jezdnię – nie wolno się zatrzymywać. Idąc wolno, nawet z zamknietymi oczami ( tak, tak… zdarzylo mi sie, na szczęście dzielny Wojtek trzymał mnie za rekę) należy przesuwać się do przodu pewnym krokiem, zachowując stałą prędkość poruszania się. Kierowcy motorów wiedzą wtedy jak  szybko idziemy i z reguly starają się objechać przechodniów z tyłu. Jeśli sie zatrzymasz – zaskakujesz ich. Wtedy już tylko pozostaje ostre hamowanie, kilka trabnięć i wrogie spojrzenie Wietnamczyka. Tego trzeciego nie radzimy doświadczyć. Raz nawet zdecydowaliśmy sie na włączenie do ruchu trochę bardziej zaawansowane niż spacer. Przestestowaliśmy to na rowerach w Hoi An i jest to zdecydowanie najlepsza opcja do zwiedzania tego miasta. Ale o Hoi An (które z resztą jest wspaniałe!) jeszcze napiszemy.

Jazda skuterem po Hanoi
Wieczorna przejażdżka na skuterze

Skuterami jezdźiliśmy tylko jako pasazerowie  m.in. w Hanoi, biorąc moto-taxi (znane w Wietnamie pod nazwą xe-om) i ze znajomymi z Couch Surfingu. Moto-taxi polega na tym, że za drobną opłatą wsiadasz jakiemuś staremu dziadkowi na takiego komarka i on cię podwozi gdzie chcesz. Czasem nawet zgadzają się zabrać nas oboje za jednym razem na jednym motorku, ale to podobno jest zakazane. I niewygodne, muszę dodać:)

Business made in Vietnam

No wlaśnie, Hanoi… Niby tam nic nie ma szczególnego, ot metropolia, wielkie miasto. Nie posiada super biznesowego centrum, powalających zabytków, ale ma „to coś”. Hanoi ma ten rytm, ten vibe, atmosferę, flow – nazwijcie to jak chcecie. W całym mieście widać charakerystyczne wietnamskie, bambusowe czapeczki. Kobiety często noszą także tradycyjne stroje (spodnie + długa jedwabna tunika w żywych kolorach) i nie jest to zwykły chwyt marketingowy. Brawo!

Sprzedawać można dosłownie wszystko i wszędzie
Jedna z wielu ulicznych sprzedawczyń w Hanoi

Dziesiątki tysięcy skuterków na ulicy mijajacych się w nieprawdopodobny sposób, każdy coś sprzedaje według swojej idelologi, pomysłów – to wszystko tworzy niezwykłą atmosferę miasta. I nie ważne czy prowadzi się jakąś małą knajpę, ma beczkę z piwem pod domem, sprzedaje czapki, koszulki, okulary, zegarki czy orzeszki. Wszyscy tu coś oferują. Mogą to być też jakieś uslugi, typu czyszczenie butów czy uszu:) Albo jedno i drugie zarazem. Nie ma tu prawie w ogóle supermarketow (widzieliśmy chyba tylko 2, wielkości biedronki), tylko małe sklepiki, specjalizujące się w owocach, ryżu, przedmiotach gospodarstwa domowego, kosmetykach czy alkoholu. Można tu kupić chyba wszystko! A w dodatku zawsze w „good price”. Panuje tu też ważna zasada – jeśli nie zamierzasz czegoś kupić, lepiej nie pytać o cenę i nie podchodzić do negocjacji. Zrezygnowanie z kupna danego przedmiotu wprawia Wietnamczyków w prawdziwą furię.

Sprzedawczynie w Hanoi
Na ulicach Hanoi zawsze jest ciekawie

Wietnam od kuchni

Wietnam kulinarnie? Oooooo tak! Boskie jedzenie, nie ma co. Nie jest ostre, ale niesamowicie różnorodne. Wietnamczycy jedzą wszystko, od banałow – np. smażonego ryżu z kurczakiem i warzywami, do ciekawszych rzeczy, jak kaczy embrion czy zupa z węża. Tutaj nic się nie marnuje. Można zamówić sobie nawet wodę po gotowanej kukurydzy. Z lodem smakuje nawet nieźle. Właśnie, lody… Bez trudu można znaleźć takie o smaku groszku lub czerwonej fasolki (dobre!). Nawet rosół, czyli zupę pho, którą je się tu od rana do wieczora, potrafią przyrządzić na milion sposobów, tak, że Kopara opada.

Przepyszne wietnamskie jedzenie
Tradycyjny posiłek w Wietnamie składa się z kilku dań, a wszyscy przy stole próbują każdej potrawy

W Hanoi jest jeszcze coś, co szczególnie nas ucieszyło – bia hoi. To nic innego, jak świeże, lekkie lane piwo, które w przeliczeniu na PLN kosztuje jakieś 80 groszy. Dla białasów szał, dla Wietnamczyków normalka – piją od 6 rano do nocy:) Co ciekawe, piwo w barach  jest zazwyczaj o połowę tańsze niż w sklepie. Dotyczy to zarówno lokalnych trunków jak i np. Heinekena. Rozumiecie coś z tego? Bo my nie… ale nie mamy nic przeciwko.

Przepyszna zupa pho
Słynna zupa Pho, czyli wariacje na temat rosołu

 

Woda kukurydziana
Woda po kukurydzy:)

Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!

Komunizm? Oczywiście, że widać. Mauzoleum Ho Czi Minha chyba nigdy nie świeci pustkami (btw. św. pamięci wujek Ho co roku na 3 miesiące jeździ na wczasy do moskiewskiego spa), a plakaty i tablice propagandowe wiszą na każdym rogu. W Hanoi po 23 policja zamyka wszystkie uliczne bary. Zostają tylko te, które udają, że są zamknięte:) oraz kluby dla białasów.

Hanoi, Mauzoleum Ho Chi Minha
Wojtek przed mauzoleum wujka Ho, w środku niestety nie można robić zdjęć

Sierp, młot i żółta gwiazda
Przechodząc ulicami Hanoi taki widok to chleb powszedni

Couch surfing raz jeszcze

Chyba nikogo nie dziwi fakt, że nie chcieliśmy tylko podróżować od jednego miejsca do drugiego. Po  raz kolejny świetnym rozwiązaniem okazał się couch surfing. Drugiego dnia naszego pobytu w Hanoi poszliśmy na cotygodniowe spotkanie grupy couchsurferów ze stolicy Wietnamu. Strzał w dziesiątkę! Poznaliśmy dzięki temu kilku lokalsów, którzy niezwykle chętnie oprowadzili nas po mieście i pokazali je od trochę innej strony. Dzięki nim zwiedziliśmy nie tylko Hanoi, ale także pewne małe miasteczko, w którym zobaczyliśmy tradycyjne wietnamskie domy i zmierzyliśmy się z  ogromną porcją pysznego jedzenia.

Wojtek miał też okazję pograć z chłopakami w piłkę i musielibyście zobaczyć miny tych wszystkich graczy, kiedy wyczaili, że na boisko wchodzi o 3 glowy wyższy białas w trekach na nogach… No cóż, do naszych 8-kilowych plecaków nie zmieściły się już korki:) Utworzył się nawet mały fanclub… Jeszcze lepsza była mina Wojtka po 30-minutowej bieganinie za piłką. Chociaż mecz odbywał się po zmroku przy sztucznym oświetleniu, to wysoka wilgotność zrobiła swoje. Efekt? Po raz pierwszy nie chciałam się do niego przytulać w czasie jazdy na skuterku:)

Boisko do gry w piłkę w Hanoi
Wojtek gdzieś tam po lewej stronie udaje, że gra:)

W każdym razie cała ta gra w piłkę w Hanoi jest świetnie rozwiązana. Jedno duże boisko podzielone jest na 2 mniejsze. Gra odbywa się na fajnej jakości sztucznej trawie, a cały teren otoczony jest eleganckimi siatkami. Czas meczu wyznacza ścisły plan i donośny głos zarządcy boiska wydobywający się z megafonu. O danej godzinie wchodzi konkretna grupa (po wcześniejszych zapisach) i ma do wykorzystania 1,5h. Drużyna, która przegra, płaci za wynajęcie boiska. No cóż, tym razem po meczu zbiednieliśmy o jakieś 11zł…

Dzięki chłopakom z Couch Surfingu mieliśmy jeszcze okazję przeżyć/przeżuć coś, co na pewno już się nam więcej w życiu nie przydarzy… ale o tym w kolejnym wpisie:)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz