Azja SE 2013

Wulkan Bromo

Azja przez ostatnie trzy lata zawładnęła naszymi podróżniczymi marzeniami chyba najbardziej. Zakochaliśmy się i tyle. Nic więc dziwnego, że plany o powrocie na ten kontynent zaczęliśmy snuć zaraz po zakończeniu wyprawy w 2012 roku. Żeby spojrzeć jeszcze szerzej na południowo-wschodnią część kontynentu, tym razem zdecydowaliśmy się odwiedzić Indonezję i Filipiny – dwa niesamowite, wyspiarskie kraje.

Kiedy tylko nadarzyła się taka okazja, a internety ogarnęła wiadomość o super-tanich lotach z Rzymu do Manili nawet się nie zawahaliśmy. Bilety kupione.

Kilka miesięcy później odbyliśmy pierwszy z 15 (!) lotów podczas niemal 2-miesięcznej podróży. Warszawa – Rzym (tu szybkie zwiedzanie miasta), Rzym – Rijad, Rijad – Manila i… właśnie, Manila – wylądowaliśmy w najbrzydszym mieście świata. Tak, okropniejszym nawet od Łodzi – i mówi to Karola, która w Łodzi miała przyjemność przyjść na świat.

Po dwóch dniach w Manili siedzieliśmy już w samolocie do Yogyakarty. Po raz pierwszy w życiu nasze stopy stanęły po drugiej stronie równika, a my natychmiastowo zakochaliśmy się w Indonezji. Tu zobaczyliśmy wspaniałe wulkany – Bromo i Ijen (szczególnie ten drugi zapamiętamy bardzo dobrze, bo Wojtek niemal nie wyzionął tam ducha, a raczej go właśnie wzionął), ratowaliśmy ogromne żółwie w Sukamade i mieliśmy okazję odwiedzić indonezyjską szkołę.

Kolejne na naszej trasie było fenomenalne Bali – centralna i południowa część z wszechobecną, wyrazistą, bardzo silnie zakorzenioną i obecną w codziennym życiu mieszkańców kulturą. Zatraciliśmy się w klimatycznym Ubud, a jazdę skuterem po całej centralnej części Bali będziemy wspominać chyba już zawsze. Następna na trasie była wyspa, różniąca się od Bali jak dzień i noc, czyli Lombok, gdzie m.in. (z mizernym skutkiem) uczyliśmy się surfować.

Krótki, dwudniowy postój w Kuala Lumpur, które już dobrze znaliśmy z poprzedniego wyjazdu, zadedykowany był głównie dla Faisala i Fauzyiah, czyli naszych malezyjskich przyjaciół. Tym razem jednak poznaliśmy nowego członka rodziny, małego Abdullaha, naszego synka chrzestnego :-)

Stamtąd już prosto do Manili, która tym razem wydała nam się o wiele fajniejsza, a wszystko dzięki świetnej couchsurferce, Maey, która spędziła z nami super wieczór i kolejny dzień, po którym po raz kolejny wsiedliśmy do samolotu i polecieliśmy na Palawan. Piękne plaże w okolicach El Nido, a szczególnie jedna, jedyna w swoim rodzaju – Papaya – zawładnęły naszymi sercami na dobre. Równie wspaniale zapamiętamy chyba wyżerkę w Puerto Princesa, bo potem z jedzeniem to już było tylko gorzej

Po Palawanie była znowu Manila (:P), a następnie chłodna północ największej wyspy Filipin, Luzonu. Tu zobaczyliśmy pola ryżowe w Banaue i Batad, wiszące trumny w Sagadzie i spędziliśmy noc drąc się w niebogłosy przy karaoke w Baguio. W Sagadzie odważyliśmy się też na Cave connection – jedną z najlepszych przygód wyprawy.

Potem 24h jazdy autobusem (z przesiadką w… a jakże, Manili!) i znaleźliśmy się po zupełnie innej stronie Luzonu, w Legazpi, wypatrując, a właściwie polując na najwspanialszy, najpiękniejszy, najbardziej idealny i niezwykle groźny wulkan Mayon, dzięki czemu spełniło się jedno z większych marzeń Wojtka. Stanął z nim oko w oko.

Na sam koniec wyjazdu zostawiliśmy sobie 3 dni na odpoczynek pod palmami. Wybór padł na słynne Boracay, a po wypiciu kilku butelek pysznego rumu o tej samej nazwie, decyzja o podróży w to miejsce była oczywista. I bardzo trafna!

Do domu zawitaliśmy na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia, spędzając uprzednio dokładnie 48h w podróży: Boracay – Manila – Rijad – Rzym  – Berlin – Poznań, a dla Wojtka jeszcze później Opole.

Wróciliśmy szczęśliwi – bogatsi o kolejne doświadczenia, stado mrówek w laptopie, rozwalone kolano, 5 kg pamiątek i tysiące zdjęć oraz filmików. Nie obyło się jednak bez strat – pękła nam lustrzanka, w pralni pozbyliśmy się kilku ciuchów, moje sandały zakończyły swój piękny żywot, ulubioną koszulkę Wojtka pożarł pies, a dzięki filipińskiemu i indonezyjskiemu słońcu pozbyliśmy się kilku warstw skóry i ostatecznie do domu wróciliśmy nieopaleni (shit!).

Straty, zguby, itd. Wszystko to jednak jest nie ważne. Przeżyliśmy jedne z najpiękniejszych miesięcy naszego życia. Ta podróż była zupełnie inna od tej z zeszłego roku. Nie mieliśmy zrobionego harmonogramu  co do dnia, było więcej czasu na odpoczynek, spotykanie się z ludźmi, zmianę planów w ostatniej chwili. To była wspaniała wyprawa!

Karolina & Wojtek

wyspa Bali

Jeżowce

latanie Air Asia

 

borobudur papaya beach, filipiny kuala lumpur palawan filipiny sukamade indonezja air asia latanie

 

 

 

Dodaj komentarz