Czy jeszcze jestem backpackerem?

Trochę się boję, że już powoli przestaję nim być. Nie wiem czy to kwestia wieku, większego dopływu gotówki, zasmakowania innego rodzaju podróżowania czy po prostu zwykłe zmęczenie materiału. Pierwsze symptomy mojej powolnej, ale zdumiewającej wewnętrznej przemiany zauważyłam podczas naszej zeszłotygodniowej wyprawy autostopem na festiwal w Gučy, w Serbii. Co najgorsze – nie wiem jak ten proces zahamować. Czy jest jeszcze dla mnie jakiś ratunek? Nie chcę być wygodnicką turystką, narzekającą na standard pokoju, zbyt mały basen i to, że plaża jest oddalona od hotelu o 100m! Pomocy!

Co dalej?
Co dalej?

Koniec z wyciągniętym kciukiem?

Przestaje mnie powoli bawić autostop, oczywiście nie zawsze, ale wtedy, kiedy trochę gorzej nam idzie. Za każdym razem, kiedy stojąc przez dłuższy czas przy drodze nikt się nie zatrzymuje odgrażam się, że więcej tak nie pojadę, że może już czas na zamianę ról. To ja powinnam sobie teraz jeździć nawet i rozklekotanym autem – ale swoim! I to ja powinnam zatrzymywać się przy drodze, zabierając wesołych autostopowiczów pod jego dach. Mam 25 lat. Połowa moich znajomych ma już poważną pracę od poniedziałku do piątku od 8 do 16, właśnie wzięli albo zaraz wezmą ślub, zakładają rodziny, a ja (o ironio!) stoję przy drodze z kartonikiem z napisem „oby dalej” i czekam, aż mnie ktoś zabierze do swojego auta…

Ok, ja też mam pracę – nawet dwie. I obie pozwalają mi podróżować kiedy chcę i jak chcę, a w dodatku cała moja praca to jedna wielka wycieczka i czysta przyjemność. Wcale nie chcę roboty od poniedziałku do piątku od 8 do 16 i dwóch tygodni wolnego w ciągu roku. Może jednak nie wypada mi już autostopować?

No i jeszcze jedna kwestia odnośnie autostopu – przyznam się bez bicia, że pewnie w moim lekkim zniechęceniu ma trochę udział pewna niemiła autostopowa sytuacja z kierowcą tureckiego tira, która sprowadziła mnie na ziemię i zdjęła z oczu raz na zawsze moje różowe okulary, ale o tym innym razem…

Jestem backpackerem. Nie wypada mi wydawać pieniędzy

Nie chce mi się już liczyć każdego grosza i jeść kanapek tylko z pasztetem, popijając zwykłą wodą, bo kupno soku to już przecież burżujstwo. Skoro mam w portfelu zapas euro – dlaczego miałabym go nie wydać na drobne przyjemności? Tak, kupię sobie coca-colę, lokalny przysmak albo piwo w knajpie! I tak, posiedzę sobie rano ot tak, po prostu – w kafejce sącząc powoli jedną czy drugą kawę, przyglądając się życiu ulicy. Dla zwykłej przyjemności.

Przestało mnie już bawić prześciganie się w tym kto mniej wydał na wyjeździe i jaka jest najmniejsza dzienna kwota, za którą można przeżyć w podróży. Jasne, nie wydaję kilograma ojrików na prawo i lewo, bo tyle nie mam. I nie o to chodzi. Tylko chyba przestałam mieć takie poczucie, że jak wydam trochę (ale tylko trochę!) więcej, to już jestem wygodnicka i nie wiem, co to prawdziwa „wyprawa”. Że zapłacenie, cholera jasna, 10 czy 15 zł dziennie więcej degraduje mój wyjazd z „wprawy” do zwykłej „wycieczki”. A niech degraduje! Przynajmniej zjadłam coś dobrego, a nie zupkę Knorra albo pozwoliłam sobie na coś ekstra. Pytanie tylko czy apetyt rzeczywiście i w tej kwestii rośnie w miarę jedzenia… i do czego prowadzi.

Plecak czy walizka? Czy jest dla mnie jeszcze ratunek?

Na szczęście proces moich wewnętrznych zmian zachodzi bardzo, bardzo powoli. Jeszcze się tak totalnie nie zmieniłam. W dalszym ciągu nie przeszkadza mi spanie w namiocie czy w parszywym pokoju bez okna i klimatyzacji, a zaoszczędzone w ten sposób pieniądze wolę wydać na spróbowanie lokalnego przysmaku albo bilet wstępu do jakiegoś miejsca.

W dalszym ciągu też ubóstwiam swój mały plecak, który towarzyszy mi w podróżach od kilku ładnych lat i właściwie muszę już (ku swojej rozpaczy) kupić jakiś inny, bo ten jest już zupełnie zdezelowany. Co prawda do kolekcji od niedawna dołączyła jeszcze mała, śliczna walizka na kółkach, ale tę zabieram ze sobą tylko w podróże jako pilot wycieczek i w tej kwestii (mam nadzieję) długo się nic nie zmieni.

Backpacker czy już nie? Co dalej?

Pytanie tylko brzmi, czy plecak na plecach, latanie lowcostami i tani guesthouse są jeszcze wystarczającymi powodami, żebym wciąż mogła o sobie mówić „backpacker”? Są czy nie? Niech mi ktoś pomoże. Bo strasznie tęsknię do tej siebie sprzed 2 lat, kiedy jakakolwiek wygoda była „bleee” i po prostu się cieszyłam podróżą. Cóż, sama już nie wiem, w którą stronę iść. Czy próbować jakoś zatrzymać cały ten proces, czy też przyjąć do wiadomości fakt, że tak już jest i koniec. Ktoś ma jakiś pomysł albo podobne rozterki? Chętnie posłucham dobrej rady, bo powoli szykujemy się do kolejnej 2-miesięcznej podróży i nie wiem co mam ze sobą zrobić. Bardzo tęsknię za podróżowaniem, tylko już chyba trochę innym. Może właściwie nie chcę już jeździć w ten sam sposób, co wcześniej za wszelką cenę?

A może po prostu powinnam zrozumieć, że każdy wyjazd jest inny i zachować w tym wszystkim jakiś balans? Raz typowo backpackersko, a potem już trochę inaczej i być „niedzielnym backpackerem” – raz na jakiś czas, tak od święta? Da się tak?

pozdrawiam,

Karola

Edit: Niedawno dowiedziałam się kim jestem. Jestem flashpackerem :)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz