Liście lecą z drzew

Wojtek, byłam na dworze i coś mnie przeraźiło. Cóż takiego, Puczinko? – pytam. Niektóre liście na drzewach są już żółte… Takimi słowami przywitała mnie Karolina kilka dni temu w jej poznańskim lokum. No cóż, w wrzesień idzie. Niedługo zrobi się zimno, szaro i zacznie padać deszcz. W końcu, jak to śpiewa Kazik „Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że nie ma słońca / nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące”.

lisc

No i stało się. Wyszedłem sobie dzisiaj z domu pozałatwiać parę spraw i stwierdziłem, że nie będę brał auta, tylko śmignę rowerem. Parę kalorii się spali no i przejadę się po okolicy. Rower jest fajny, bo więcej widać i czuć. Tak więc zobaczyłem i poczułem. Zimno, szaro i… liście kuchwa lecą z drzew. Pojedyncze, ale jednak. No nie wierzę! Początek września i już? Lato się skończyło? Tak nagle? Ale czemu… :( Dobra, tak, wiem, że mam wakacje o wiele dłuższe niż sporo moich znajomych już nie studentów, albo pracujących całoetatowo studentów. Fakt, moje obecne źródło dochodów – pilotowanie wycieczek od czasu do czasu – jest o tyle fajne, że jednak się jeździ, a jak się nie jeździ, to się ma wolne. W te wakacje zjeździłem pół Polski z wycieczkami, przejechałem stopem z Opola do Oslo z przystankami w Hamburgu i Kopenhadze, byłem w Serbii na świetnym festiwalu i jeszcze wcisnąłem pomiędzy to 4 dni na Woodstocku. W sumie nieźle. Widziałem i przeżyłem dużo, ale cholera mi ciągle mało. Jak się ktoś już rozjeździ to to na prawdę uzależnia… Ciężko mi będzie z tego zrezygnować i przestawić się na „normalny” tryb życia dorosłego człowieka. Ale jeszcze mam trochę, a może nawet trochę więcej czasu.

Teraz niestety trzeba przystopować, powalczyć z magisterką a od października studia. Przez 25 dni :P Tak tak, 25 października ruszamy z Karoliną w kolejną dłuższą podróż. Nie mogę się doczekać! Ominie mnie niestety złota polska jesień. Ojoj… pech. Coś za coś ;) Ciekawe tylko jak uda mi się to połączyć z zaliczeniem semestru i dalszą edukacją, ale no cóż, jakoś to będzie. Oby po mojej mysli. Gdybym jakiś czas temu zastanawiał się nad takimi rzeczami, to chyba nigdy nie zaczął bym podróżować. Myślę, że warto kupić czasem ten bilet lotniczy i robić wszystko, żeby się ułożyły inne sprawy, a za te na które nie mamy wpływu trzymać mocno kciuki.

Kurde, genialne jest to uczucie oczekiwania na kolejną dalszą podróż. Na początku zgryz związany z wyborem miejsca, szukaniem tanich połączeń, potem podniecenie związane z kupnem biletów, że klamka już zapadła i już za kilka miesięcy człowiek się wyrwie i będzie gdzieś daleko. Potem jest cisza, wyjazd idzie gdzieś głębiej do czachy na przechowanie. I nagle łup! Budzisz się i orientujesz, że jeszcze tylko półtora miesiąca, miesiąc, tydzień, JUTRO lecisz! Stopniowe ogarnianie spraw, zakup nowego ekwipunku, czy uzupełnianie ewentualnych braków. Czytanie relacji, blogów, przewodników, nakręcanie siebie i innych, planowanie trasy, tworzenie „bucket-listy” itd. Zamiast załatwiać bieżące i często na prawdę istotne sprawy śmigam kursorem po mapie wyświetlonej na ekranie mojego zdezelowanego laptopa. Po prostu nieracjonalne zajmowanie się tu i teraz czymś, co będzie tam i w przyszłości. Uwielbiam to! Chyba już nie potrafię inaczej funkcjonować! Przyznać się, kto ma podobnie?

Dodaj komentarz