Małżeństwo z rozsądku, czyli jak kupiliśmy bezlusterkowca Sony a6000

Od dłuższego już czasu przymierzaliśmy się do kupna nowego aparatu. Stara lustrzanka Wojtka przejechała z nami tysiące kilometrów, przeszła wiele (m.in. upadek z baaardzo wysokich schodów na Filipinach) i powoli zaczynała nam już ciążyć (dosłownie). Chociaż złego słowa na nią nigdy nie powiemy, przyszedł już czas, żeby wprowadzić trochę nowszą (i lżejszą) technikę. Padło na bezlusterkowca. Mieliśmy już dość dużego aparatu, a jak zobaczyliśmy jakie zdjęcia robi bezlusterkowcem pewna Japonka siedząca koło nas na pokazie kecak dance na Bali – byliśmy już pewni, że musi być nasz. Naprawdę byliśmy pod wrażeniem, że taki mały aparacik potrafi robić TAKIE zdjęcia!

Szukanie odpowiedniego kandydata…

Wyszukaniem najlepszych dla nas (i dostępnych cenowo) typów zajął się oczywiście Wojtek – z racji tego, że ja o fotografowaniu nie mam zielonego pojęcia, a wczytywanie się w parametry obiektywów to dla mnie taka nuda, że dłużej niż 5 min nie dałabym rady. Zresztą, jeśli chodzi o jakikolwiek research Wojtek jest niezastąpiony :)

W końcu zawęziliśmy nasz wybór do 2 aparatów. Zdecydowanie wygrywały Sony Alpha 6000 i Olympus OM-D E-M10. Oba aparaty miały podobne parametry, funkcje, cenę i robiły równie dobre zdjęcia. Pozostało się TYLKO zdecydować. Mnie się wydawało, że „tylko”.

Olympus OM-D
Olympus OM-D

Najpierw oglądaliśmy je wirtualnie. Jedno spojrzenie wystarczyło, żebym się totalnie zakochała w Olympusie i zapomniała o bożym świecie. To był zdecydowanie mój numer jeden. Zresztą, jak go zobaczyłam w sklepie, już wiedziałam, że musi być mój. Piękny, elegancki, z klasą. Idealny. W dodatku jak się do niego przyłożyło nijaki aparat Sony, to Olympus brylował jeszcze bardziej. W mojej ręce wyglądał wręcz idealnie.

Sony Alpha 6000
Sony Alpha 6000

Sony… no cóż, do najpiękniejszych nie należy. I co z tego, że jest dobry – po prostu jest brzydki, w ogóle nie wygląda jak aparat za taką fortunę. Dla Wojtka to był jego plus – nie rzuci się w oko złodzieja. Dla mnie jako laika jeśli chodzi o działanie aparatów ten po prostu wydał się okropny. W życiu nie widziałam brzydszego aparatu. I to ma być moje cacko? Nigdy.

Próba ognia

Powodzenia temu, kto będzie chciał wypróbować aparaty w sklepie. Kiedy my chcieliśmy „zmacać” oba aparaty – albo nie było baterii, albo nie była naładowana albo sprzedawca dyszał nam dosłownie nad uchem drżąc z każdym wykonywanym przez nas ruchem z aparatem w ręku. Żadna to przyjemność takie oglądanie.

Zdecydowaliśmy więc podejść do sprawy w inny sposób (a właściwie zdecydował Wojtek, bo mi by to do głowy nie przyszło) – kupiliśmy przez internet oba tego samego dnia. Dzięki temu aparaty wylądowały u nas w domu i na spokojnie mogliśmy je przetestować w mniej korzystnych do zdjęć i filmów warunkach, niż lampy jarzeniowe w sklepie, a potem jeden oddać. I co wyszło? Jesteście ciekawi? No co… małżeństwo z rozsądku.

Bye bye Olympus, miłości moja…

Moja miłość od pierwszego spojrzenia, piękny i uwodzicielski Olympus okazał się nieco… mało interesujący wewnętrznie. Zdjęcia robił świetne ale po bliższym kontakcie między nami nie zaiskrzyło. Jego główną wadą okazało się to, na czym mi bardzo zależało – jakość filmików. Jako, że mamy Go Pro 3+, które w pomieszczeniach i słabo oświetlonych miejscach nie powala jakością nagrań, chcieliśmy bezlusterkowca, który z takimi trudniejszymi warunkami sobie poradzi. A Olympus po prostu poległ. Filmiki w mieszkaniu wieczorem okazały się naprawdę słabe i nawet nie pomogła stabilizacja obrazu. Po prostu nie. W dodatku okazał się dla nas niewygodny. Jest jakoś tak wyprofilowany, że człowiek ma wrażenie, że zaraz mu wypadnie z rąk (nawet ja) i trudno jest go pewnie chwycić.

Para z pozoru idealna
Para z pozoru idealna :)

Za to Sony… oprócz super zdjęć i intuicyjnego menu, jeśli chodzi o nagrywanie wideo spisał się na medal i tym sposobem zjednał sobie moje serce. W dodatku jest bardzo wygodny i można go obsługiwać jedną ręką. Chociaż jak na niego spojrzę, to serio stwierdzam, że z wyglądu jest paskudny i nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie go naprawdę pokochać. Postaram się, obiecuję, ale czy z tego chleba będą kiedykolwiek dzieci… kto wie? Bądź co bądź, nasz „Brzydal” zostaje z nami i tyle.

Sony 6000
W pełni brzydactwa – z fleshem :)

Niemniej jednak z bólem serca żegnam się dzisiaj z moim Olympusem. Stoi cały czas na stoliku i zerkam na niego co chwilę, z prawie łzami w oczach. To wykonanie, ta piękna linia, ten miły dla oka kształt… Ajjjj. Do widzenia kochany… będę tęsknić!

Tak wiem, niczego mądrego się z tego wpisu nie dowiedzieliście, ale spokojnie. Wojtek zwięźle opisze różnice między dwoma aparatami w następnym wpisie. Będzie wszystko czarno na białym ;)

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz