Stan podróżowania…

Tęsknię… Tęsknię za podróżowaniem. Ot tak. Za wszystkimi śmiesznymi, niebezpiecznymi i niezwykłymi przygodami, które zawsze przydarzają się w drodze. Za spakowanym plecakiem, na który zawsze narzekam „bo za ciężki”, ale przecież i tak kocham i z dumą noszę. Za jedyną wiadomą w podróży, jaką jest data powrotu zapisana na bilecie lotniczym. Za przeglądaniem przewodnika, wynajdowaniem nowych celów podróży. Za poczuciem, że nic nie muszę, że mam czas, że znalazłam się w innym świecie, a wszystkie problemy są gdzieś hen hen daleko. Za tym, że moim największym problemem jest dokąd dzisiaj pojadę, co zobaczę, co zjem na obiad i czy wolę pokój z klimatyzacją, czy bez. Tęsknię za wyciągniętym przy szosie kciukiem i czekaniem na uprzejmego kierowcę, który podwiezie mnie… oby dalej. Za poznawaniem nowych ludzi, za kręceniem się pierwszy raz po danym mieście i gubieniem się w jego uliczkach. Za wysyłaniem listów i pocztówek, pisaniem relacji na blogu. Za tym dreszczykiem emocji, który czuję przed każdą wyprawą. Tęsknię za wszystkim, co się wiąże z tzw. „stanem podróżowania”, który tak bardzo, bardzo kocham.

Z plecakiem na plecach najlepiej!
Z plecakiem na plecach najlepiej!

Nie wiem właściwie kiedy to się zaczęło. Kiedy poczułam, że ja też mogę. Jeszcze kilka lat temu na myśl o spaniu pod namiotem na odludziu przeszywał mnie najprawdziwszy strach. Wydawało mi się, że dalekie, długotrwałe podróże nie są dla mnie. Marzyłam o odwiedzaniu nowych miejsc, ale właściwie tkwiłam gdzieś bez nadziei, że kiedyś naprawdę te wszystkie rzeczy zobaczę na własne oczy. Może to moje półroczne mieszkanie w Słowenii tak mnie zmieniło, może po prostu do tego dojrzałam, a może to mój pierwszy typowo backpackerski wypad do Bośni i Hercegowiny coś we mnie przełamał. Ludzie się zmieniają, a ja jestem tego najlepszym przykładem. Otworzyłam się na świat.

W takie szarobure dni jak dziś zawsze myślami wracam do Azji. Do słonecznej Tajlandii i zatłoczonego Wietnamu, które zwiedzaliśmy w zeszłym roku. Do tych wszystkich wspaniałych ludzi, których spotkaliśmy na swojej drodze. Do naszego autostopowania w Malezji i szalonej zabawy na tajskich wyspach.

Najwięcej jednak wracam myślami do moich ukochanych, kolorowych Indii, które okazały się największą przygodą. Do wszystkiego, co jest związane z tym pierwszym, samotnym wyjazdem, na który pewnie wcale nie byłam gotowa, ale z którego wróciłam zakochana we włóczeniu się po świecie. Pierwsza podróż zawsze będzie magiczna, niezapomniana. Dzisiaj trochę patrzę na tamten wyjazd jak przez mgłę. Wydaje mi się długim, pięknym i nierzeczywistym snem. Wracam myślami do tych przepysznych samos i wszechobecnej masali, której wtedy nienawidziłam, a teraz chciałabym ją znowu poczuć. Do słodkich kokosów i soczystej papai, które tam pałaszowałam. Nawet do tych wszystkich wlepiających we mnie oczy wścibskich Hindusów, motoriksz, obskurnych pociągów, dźwięków piosenek z Bollywood i do… tamtej beztroski. I tęsknię, po prostu tęsknię… do podróży.

Ktoś z Was też tak ma?

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz