Walka z czasem trwa, ale się nie poddajemy!

Do wyjazdu zostało nam już tylko nieco ponad tydzień. I znowu to samo! Panika i zgrzytanie zębów;) Pamiętacie nasz wpis w czasie przygotowań do ubiegłorocznego wyjazdu? W tym roku wygląda praktycznie tak samo – z przygotowaniami jesteśmy jeszcze w lesie, z tym, że w tym roku to Wojtek stacza swoje ostatnie boje z pracą magisterską, a ja zajmuję się organizacją wyjazdu.

Ci, którzy mnie znają wiedzą już co to oznacza – chaos! Wiemy już mniej więcej jakie miejsca chcemy odwiedzić (bardziej mniej niż więcej, ale zawsze to już coś…), sprzęt jest już niemal skompletowany. Próbujemy gdzieś odszukać zagubioną kartę pamięci do aparatu, kupiliśmy już dodatkowe karty do aparatu i kamery, której jeszcze nie mamy w rękach ale podobno kurier ma ją jutro przywieźć.

Musiałam też oddać mój ukochany, najcudowniejszy plecak na świecie do naprawy, bo niestety już powoli po kilku wyprawach odmówił posłuszeństwa… Wszystko oczywiście na ostatnią chwilę!

Wojtek nie ma praktycznie czasu, żeby zacząć na poważnie myśleć o wyjeździe, a ja już ledwo mogę usiedzieć na miejscu! Najchętniej już bym się spakowała i po prostu ruszyła przed siebie! Czuję, że zaczyna się u mnie raisefieber:) A to lubię najbardziej! Do tego jednak dochodzi trochę stresów…

W uspokojeniu zszarganych nerwów nie pomagają też wiadomości prosto z Filipin – niedawno zatonął tam jeden z promów oczywiście z całą masą ludzi na pokładzie, potem uderzył tajfun, a na koniec trzęsienie ziemi. Moja mama osiwieje…

Co do samego wyjazdu to będzie on troszkę inny, niż nasz zeszłoroczny. Tym razem hasłem przewodnim będzie „chill & relax”. Żadnej bieganiny:) Będzie tak, jak na załączonym obrazku:

Kiedy wokół za dużo stresów, czas na relaks!
Kiedy wokół za dużo stresów, czas na relaks!

Macie jakieś rady na to, żeby wszystko ogarnąć?

A może polecicie nam co powinniśmy zobaczyć i czego spróbować na Filipinach (Luzon, Palawan…), na Jawie i Bali… no i w Rzymie?

Przeczytaj też:

Dodaj komentarz